Jestesmy caly czas w Gambii, w zasadzie w jednym regionie, oczekujemy na
wizy do kilku krajow, mamy juz wize do Gwinei, jutro bedzie pieczatka do
Senegalu, do Sierra Leone powinnismy dostac kolejnego dnia, potem ruszymy
wzdluz rzeki i na granice. Ale od poczatku...
Banjul, stolica Gambii, wyglada jak opuszczone przedmiescie, ulice swieca pustka
i jakims nieszczesciem, po ktorym miastu trudno wrocic do zycia. Slupy przy
autostradzie biegnacej z lotniska oplataja plakaty dwoch prezydentow mowiace
o przyjazni gambijsko - tajwanskiej.
Tuz po przylocie zabieramy sie zielona taksowka z lotniska do schroniska YMCA
w Serrokundzie- miasteczku obok.
Tutaj widac prawdziwe zycie, market, tlumy sprzedawcow, taksowek, geli-geli,
lokalnych busikow, ktore trabia i jezdza w jakims chaosie, jednak wszystko i tak
jest jakby mniejsze i bardziej przyjazne, stwierdza Kasia, ktora dziwi brak krat
w oknach i kultura jazdy- ma inne doswiadczenia z Kenii i Ugandy.
Nam wszystko wydaje sie znajome.
Zmeczeni noca na Gatwick i 6 h lotu zasypiamy w momencie w pokoikach.
Nastepnego dnia przenosimy sie do Sukuty, rozbijamy namiot na campingu
prowadzonym przez Holendrow i spotykamy sie z Laminem, znajomym z Couch
Surfingu. Lamin prowadzi nas do swojego domu, ugaszcza posilkiem, trudno
nam sie nadziwic i najesc pysznosciami lokalnej kuchni. Sa to co najmniej trzy
rozne dania, ktore spozywamy tradycyjnie rekami, salata z ryba, mango z ostra
papryczka chili, ryz z pikantnym sosem, fasolka... Nazwy potraw szybko
umykaja pamieci, ale przepisy na pewno uda sie zdobyc :) Lamin jest troche po
30 stce i ma juz spora rodzine, 4 dzieci, swoj interes; jego zona sprzedaje lokalnej
spolecznosci posilki wczesnym rankiem i poznym wieczorem, jest bardzo zajeta,
nic dziwnego skoro tak swietnie gotuje.
Caly kolejny dzien spedzamy z zaprzyjazniona juz rodzinka- bracmi, siostrami
Lamina i ich dziecmi , na dziedzincu domostwa, pod magowcem. Saczymy
zielona chinska herbate, przygotowana na sposob marokanski, godziny umykaja
leniwie.
Nastepnego dnia jedziemy na polwysep Barra. Prom, ktorym plynelismy
strasznie bujal, wysokie fale budzily wyobraznie. Na ladzie odwiedzilismy fort
Bullen, pierwszy na naszej dlugiej liscie. Fort ten zostal zbudowany w 1807 roku
juz jako budynek abolicjonistow, Brytyjczykow, ktorzy postawili go , by strzec
przed wplywaniem do zatoki statkow-niewolnikowcow. Przewodnik opowiada
nam ciekawe historie i zacheca do odzwiedzenia wyspy James (teraz Kunta
Kinte Island) oraz muzeu narodowego. Nie ominiemy ich na pewno.
Dzis chowamy sie w naszym schronisku, jest strasznie goraco, poniewaz mamy
juz odniesienie do afrykanskich temperatur, slowo strasznie wydaje sie nie
opisywac zjawiska ;) Wszyscy nas strasza pora deszczowa, im dalej w lad tym
gorecej. W Sierra juz podobno leje, w Gwinei ma sie zaczac w lipcu, moze uda
nam sie uciec przed deszczem tam.
Poza tym jest wspaniale, camping jest sympatyczny, spimy w namiocie pod
palmami, ktore robia wiele halasu, wiatr podnosi ich suche liscie w gore i w dol,
Adonis, pies wlasicieli lazi leniwie miedzy okraglymi domkami, zebrze z kotami o resztki jedzenia. Co chwila jakis kolorowy ptaszek przysiada na zielonych skwerkach, muszle strzelaja pod stopami.
Do nastepnego. Odezwiemy sie za czas jakis :)
Ps.
Niestety zgubilam swoj telefon, takze kontakt ze mna teraz na telefon Krisa...
:)
wizy do kilku krajow, mamy juz wize do Gwinei, jutro bedzie pieczatka do
Senegalu, do Sierra Leone powinnismy dostac kolejnego dnia, potem ruszymy
wzdluz rzeki i na granice. Ale od poczatku...
Banjul, stolica Gambii, wyglada jak opuszczone przedmiescie, ulice swieca pustka
i jakims nieszczesciem, po ktorym miastu trudno wrocic do zycia. Slupy przy
autostradzie biegnacej z lotniska oplataja plakaty dwoch prezydentow mowiace
o przyjazni gambijsko - tajwanskiej.
Tuz po przylocie zabieramy sie zielona taksowka z lotniska do schroniska YMCA
w Serrokundzie- miasteczku obok.
Tutaj widac prawdziwe zycie, market, tlumy sprzedawcow, taksowek, geli-geli,
lokalnych busikow, ktore trabia i jezdza w jakims chaosie, jednak wszystko i tak
jest jakby mniejsze i bardziej przyjazne, stwierdza Kasia, ktora dziwi brak krat
w oknach i kultura jazdy- ma inne doswiadczenia z Kenii i Ugandy.
Nam wszystko wydaje sie znajome.
Zmeczeni noca na Gatwick i 6 h lotu zasypiamy w momencie w pokoikach.
Nastepnego dnia przenosimy sie do Sukuty, rozbijamy namiot na campingu
prowadzonym przez Holendrow i spotykamy sie z Laminem, znajomym z Couch
Surfingu. Lamin prowadzi nas do swojego domu, ugaszcza posilkiem, trudno
nam sie nadziwic i najesc pysznosciami lokalnej kuchni. Sa to co najmniej trzy
rozne dania, ktore spozywamy tradycyjnie rekami, salata z ryba, mango z ostra
papryczka chili, ryz z pikantnym sosem, fasolka... Nazwy potraw szybko
umykaja pamieci, ale przepisy na pewno uda sie zdobyc :) Lamin jest troche po
30 stce i ma juz spora rodzine, 4 dzieci, swoj interes; jego zona sprzedaje lokalnej
spolecznosci posilki wczesnym rankiem i poznym wieczorem, jest bardzo zajeta,
nic dziwnego skoro tak swietnie gotuje.
Caly kolejny dzien spedzamy z zaprzyjazniona juz rodzinka- bracmi, siostrami
Lamina i ich dziecmi , na dziedzincu domostwa, pod magowcem. Saczymy
zielona chinska herbate, przygotowana na sposob marokanski, godziny umykaja
leniwie.
Nastepnego dnia jedziemy na polwysep Barra. Prom, ktorym plynelismy
strasznie bujal, wysokie fale budzily wyobraznie. Na ladzie odwiedzilismy fort
Bullen, pierwszy na naszej dlugiej liscie. Fort ten zostal zbudowany w 1807 roku
juz jako budynek abolicjonistow, Brytyjczykow, ktorzy postawili go , by strzec
przed wplywaniem do zatoki statkow-niewolnikowcow. Przewodnik opowiada
nam ciekawe historie i zacheca do odzwiedzenia wyspy James (teraz Kunta
Kinte Island) oraz muzeu narodowego. Nie ominiemy ich na pewno.
Dzis chowamy sie w naszym schronisku, jest strasznie goraco, poniewaz mamy
juz odniesienie do afrykanskich temperatur, slowo strasznie wydaje sie nie
opisywac zjawiska ;) Wszyscy nas strasza pora deszczowa, im dalej w lad tym
gorecej. W Sierra juz podobno leje, w Gwinei ma sie zaczac w lipcu, moze uda
nam sie uciec przed deszczem tam.
Poza tym jest wspaniale, camping jest sympatyczny, spimy w namiocie pod
palmami, ktore robia wiele halasu, wiatr podnosi ich suche liscie w gore i w dol,
Adonis, pies wlasicieli lazi leniwie miedzy okraglymi domkami, zebrze z kotami o resztki jedzenia. Co chwila jakis kolorowy ptaszek przysiada na zielonych skwerkach, muszle strzelaja pod stopami.
Do nastepnego. Odezwiemy sie za czas jakis :)
Ps.
Niestety zgubilam swoj telefon, takze kontakt ze mna teraz na telefon Krisa...
:)
Twój barwny opis Aniu sprawił ,że poczuliśmy się tak ,jakbyśmy razem z Wami doznawali tych zapachów, smaków ,odgłosów i widoków .
OdpowiedzUsuńPięknie !
Pozdrawiamy! Jedliczaki
Jaki ten świat mały i jakie to proste...lecisz do Afryki a tam Lamin - zaprasza cię do domu,częstuje posiłkiem,poznaje z rodziną.To jest budujące !
OdpowiedzUsuńJestem pod wrażeniem.
Całuję.Mama
Ania klepie w klawiature a ja tylko tak doloze, ze dzis jestesmy w Basse Santa Su - pisze ze slyszenia:) Znalezlismy tani nocleg i szybki internet. Leje sie z nas calymi dniami jak z cebra. Co wlejemy w siebie to wylejemy zaraz skora.Jutro sporobujemy przekroczyc granice do Senegalu i potem ruszyc do Gwinei do miasteczka Koundara. Mam nadzieje ze bedzie tam net. Czas przestawic sie na francuski, wiec zwijam jezyk w rulonik i rozciagam, i zwijam i rozwijam. :)Trzymkajcie sie cieplo! My trzymamy sie goraco, az juz narzekac zaczelismy. Nie wiem ile wskazuja termometry ale 40-50 na pewno.
OdpowiedzUsuńSciskamy!
Brithu
Kochani! u nas teraz też upalnie ;) 30 stopni i leje się z człowieka jak tylko wyjdzie z domu :) ale co do Waszych temperatur. Trzymkajcie się zdrowo!
OdpowiedzUsuńSaba
41 year-old Assistant Media Planner Taddeusz D'Adamo, hailing from Listuguj Mi'gmaq First Nation enjoys watching movies like Joe Strummer: The Future Is Unwritten and Knapping. Took a trip to Monastery and Site of the Escurial and drives a Ferrari 330 P3. odniesienia w wikipedii
OdpowiedzUsuń