Do zobaczenia Afryko

W ostatnim tygodniu w Sierra Leone postanowiliśmy zrobić sobie labę i udaliśmy się na półwysep blisko Freetown, by naładować baterie przed powrotem. Auntie Grace, właścicielka, czy też może- burdel mama w guest housie, w którym się zameldowaliśmy już trzeci raz, wyrządziła nam przysługę przechowując większość rzeczy na recepcji byśmy ich nie taszczyli ze sobą. Odwiedziliśmy w sumie trzy różne plaże, najsłynniejszą w River no 2, Tokeh i Kent. Tymczasem każda mała wioska znajdująca się na wokół półwyspu oferowała na swoim wybrzeżu wyludnione i czyste plaże. Miejscami widać było budujące się kurorty, które mamy nadzieję, będą komponować się z krajobrazem, a nie niszczyć go betonowymi hotelami. W najbliższej do stolicy wiosce nazwanej po prostu River no 2 (rzek wpływających do oceanu jest w sumie 5) stoi spory kompleks z bungalowami do wynajęcia, restauracją, w weekendy odwiedzany głównie przez pracowników NGO -sów, w tygodniu zupełnie pusty, więc szeroką, białą plażę z piaskiem tak drobnym jak mąka, można mieć wtedy jedynie dla siebie.







My zatrzymujemy się jakieś dwa kilometry dalej, na plaży w Tokeh, jemy świeżo złowioną barakudę na obiad, wieczorem oglądamy na wielkim telewizorze finał Ligi mistrzów, zasypiamy z szumem oceanu w uszach. Kurorty zmonopolizowały niestety wszystkie atrakcje wokół wybrzeża, więc na wycieczkę w górę rzeki, nad wodospad, czy na pobliskie Banana Island, można było się wybrać za ich pośrednictwem, które za wszelką cenę chcieliśmy ominąć. Przewodnicy okazywali się jednak szybsi a wieść o turystach rozchodziła się z prędkością światła :) Tak więc pobyt tam ograniczyliśmy do spacerów i uganiania się za krabami, które można było sobie upolować a potem przyrządzić. Oczywiście cała zabawa jest w łapaniu króliczka, kto by chciał jeść te stworzenia, które zresztą początkowo wzięliśmy za wielkie pająki.  Krajobraz cieszył oczy, ocean łagodnie oplatał plażę, woda w głąb przez kilkanaście metrów była ciągle płytka, cudownie ciepła a rzekę w czasie odpływu swobodnie przekraczaliśmy, zapadając gdzieniegdzie się jak w ruchomych piaskach.
Kilka kilometrów dalej, w Kent, biały piasek zmienił kolor na ceglasty, ocean wściekle wdzierał się na wybrzeże, nie pozwalając nawet wejść do wody. Rozbiliśmy nasz namiot w ośrodku Relaksation, gdzie tak naprawdę wybudowana była tylko fasada przyszłego baru :) Jego właściciel, Sierra Leończyk (to nowość) pracował na rozwój biznesu w Etiopii, na miejscu pieczę nad wszystkim trzymali miejscowi  przewodnicy. Zatrzymaliśmy się tam za symboliczną cenę a nasi opiekunowie gotowi byli zapewnić nam wszystkie wygody, przygotowali obiad, zimne napoje, wodę do mycia, ognisko na plaży, zorganizowali nawet przenośną toaletę...która okazała się drewnianą skrzynką z przybitą do niej deską klozetową. Skrzynkę ustawiono w szczerym polu, z jednej strony otaczał ją bambusowy parawan, który co chwilę pod wpływem wiatru lądował na ziemi, więc za ten rodzaj udogodnień podziękowaliśmy ładnie wybierając zalesione łono natury.
Na obiad podano nam pyszną rybę, tym razem faszerowaną pomidorami i czosnkiem, do tego smażone słodkie ziemniaki. Chyba jeszcze nigdy nie mieliśmy okazji kosztować tak wspaniałych ryb, jak w Sierra Leone, nie skusiliśmy się jedynie na homara.
Przy okazji dowiedzieliśmy się też ile może kosztować wycieczka na pobliskie bananowe wyspy ze stolicą w Dublinie, ze 150 $ cena spadła na trzydzieści a następnie na dziesięć by zejść do jednego dolara, dla lokalnych. My już jednak nie mieliśmy czasu, by je odwiedzić, z Kent wracaliśmy do stolicy, mając przed oczami jasną perspektywę powrotu do tych cudnych miejsc.
Teraz czekała na nas kilkugodzinna jazda do Conakry autobusem SLRTC, postoje, granice, pieczątki, fiszki. Stolica Gwinei przywitała nas ulewą, ponownie zameldowaliśmy się na misji katolickiej, która była niczym oaza spokoju w tym wielkim mieście. Ostatnie dwa dni spędziliśmy na zakupach pamiątek, spotkań z Sulejmanem. Żegnaliśmy się z Nim i z Afryką. Przeczuwając nie łatwy tu powrót, dominowało w nas poczucie jakiegoś nienasycenia.
Potem Gbessia International Airport, bezpieczny lot liniami Air Maroc w towarzystwie wesołych muzyków Capletona and Prophecy Band, sześć godzin postoju w Casablance, kolejne 3 do Londynu, nocka na Stansted i Luton, i znowu lot do Poznania i Corku.
Nie wiemy jak Kasia w Polsce, ale nas przywitał rzęsisty deszcz i 13 st. C, droga taksówką w stronę Shandon i szare miasto budzące się ze snu. Nie łatwo było odrodzić się do nowego życia, bo chociaż nie było nas tylko chwilę, to rzeczywistość jaka nas otaczała w czasie podróży, biegła jakby w równoległym wymiarze, mając za nic tutejszy czas i kalendarz.
A teraz, teraz nie pozostaje nic innego jak tylko poczekać na odpowiedni moment, by znów wyruszyć.
Do zobaczenia Afryko.

Trudna miłość do Afryki

Piotr, którego spotkaliśmy we Freetown, przyznał, że ciągle wraca na kontynent afrykański, głównie z jednego powodu. Podróżując w inne rejony świata, wszystko wydaje mu się być zbyt łatwe i dostępne w porównaniu z Afryką, 
Afryka uwodzi, rozkochuje w sobie, a nawet uzależnia. Jednych od swojego piękna, innych od wyzwań, jakie rzuca na każdym kroku, od swojej zmienności i dynamiki, tego, że każda ewentualność jest możliwa.
Jeśli masz czas lub pieniądze (parafrazując R. Kapuścińskiego), osiągniesz wszystko.
Ta miłość jednak nie jest romantyczna, jak każde uczucie spełnione. Wymaga cierpliwości, zgody, zaangażowania, otwartości i chęci zrozumienia. Czasem jest niewdzięczna, absurdalna.  Czasem łagodna i dobroduszna. Może zmęczyć, na pewno nie znudzić.

Czas.
Ludzie Zachodu zaprzęgnęli go na własny użytek w ryzy i swoje zagubienie, tam- gdzie chwila przed zmierzchem trwa tylko sekundę a jutro nie ma znaczenia, jest nie określony i płynny.
Oczekiwanie i godziny mijające na robieniu niczego, spędzone pod mangowcem, palmą,  na dworcach, w taksówkach, w kolejkach bez ładu i składu, są jak żmudna lekcja cierpliwości, i mimo, że nie jesteśmy biedni i ślepi, nie wybraliśmy życia w trybkach korporacji, to i tak mierzi  j e g o marnotrawstwo i ogólny brak organizacji. Nie śpieszy się nikomu, chyba, żeby skasować pieniądze..


Transport publiczny.
Nie trzeba wyjaśniać, że nie ruszysz się z miejsca, jeśli twoje poda poda, tro tro, geli geli czy shared taxi nie jest pełne. Nonsensownie poczekasz w środku auta, w najgorętszą porę dnia. Nie ma za to problemu z nad stanem pasażerów, wówczas choćby śmierć zaglądała w oczy na każdym zakręcie człowiekowi jadącemu na przedniej masce samochodu- zapłacił, zmieści się, dojedzie na ...czas. Nie wiem czy w całości.
Podróżować można również w bagażniku, nie koniecznie w samotności, o dachu nie ma co wspominać, w dyskomforcie totalnego ścisku, z czego jedynym plusem jest tylko bliższa (!) znajomość z resztą przyzwyczajonych do niedoli współpasażerów, którzy poczęstują owocem, zapytają o samopoczucie, pogadają o polityce, wskażą potem drogę to taniego noclegu.
Takie życie i można je sobie urozmaicać, przebierać w mini busikach, zwykle nazywanych zgodnie z sumieniem imieniem boga i w imię Boga gnać na zabicie "Determinacją", do celu.
Innym razem taksówką w 14 osób.  Kierowcy, który upchnął już wszystkich w środku nie przeszkadza przypomnieć sobie o prywatnych sprawach, zjeść posiłek, zrobić zakupy, pojechać do mechanika, o zatankowaniu nie wspomnę, pasażerowie nie uciekną w takim upale.
Również autobus międzynarodowej linii przysporzy atrakcji, każe płacić łapówki na każdym check poincie, nie zdąży przekroczyć granicy przed jej zamknięciem, będzie miło spać pod gwiazdami, ale przecież to też nie pierwszyzna. Warto odpocząć, przed nami może kolejne kilkanaście godzin jazdy..
Moto taksówka? W cztery osoby motorkiem plus nadbagaż? W miejskich korkach niezastąpiona! Żywię absolutny podziw dla ich kierowców, ekwilibrystyka w wąskich uliczkach, niema współpraca z pasażerami, którzy dzięki refleksowi uchodzą z życiem przy hamowaniu, przepychaniu się, rywalizacji z większym, szybszym, silniejszym. Dlaczego wy biali zawsze trzymacie się podczas jazdy?



Korupcja.
Pewnie wystarczy się wybrać na wschodnią granicę, żeby podejrzeć jak banknoty lądują w dokumentach, a celnicy odpowiadają na to uśmiechem.
Albo cofnąć się o lat kilka w naszym pięknym, często równie egzotycznym kraju.
OK, wcale nie cofać.
Jednak bezpruderyjne wyciąganie rąk po łapówkę
nie raz raziło nas w oczy a czasem trzeba było wybierać między zasadami a np wygodą czy szybkością załatwienia sprawy.
Łatwo mówić i oceniać, kiedy jest się przechodniem, obserwatorem, trudniej tak żyć. Jaka jest granica między "zwyczajem" a "nagradzaniem" za wykonywanie obowiązku. Jak stwarzać zmiany, skoro granica się zatarła? I czy istnieje w ogóle potrzeba zmian. Nasza tymczasowość i biała skóra dawała nam przywilej sprzeciwu, który wywoływał najczęściej zdziwienie. Jak to nie zapłacisz, musisz zapłacić, to jest nasza tradycja. Zdziwienie nazywania rzeczy po imieniu wychodziło od ludzi, którzy płacili, współpasażerów, czekających w kolejkach do ambasad,  nie od przyjmujących kasę. Zwyczajem, którego nie rozumiemy może być "prezent" dla szefa wioski, by ten ruszył czcigodne cztery litery na spotkanie z fundacja, która chce coś zrobić dla jego społeczeństwa.
Co innego policjant zatrzymujący przypadkowe samochody, by zarobić na lunch. Wybór? Można się zatrzymać i zapłacić, można próbować się wywinąć i prawie przejechać przedstawiciela władzy, to normalka. Szacunku do munduru raczej nie zauważyliśmy. Mauretania, Gwinea, Ghana, Sierra Leone. Mówimy o tych krajach, szkoda generalizować do całej reszty, choć nie przypuszczam by było inaczej.
Nasz znajomy planuje wyjazd w celach zarobkowych do Europy, jednak interesy woli robić w swoim kraju. W Europie trzeba płacić podatki, u siebie zarobione pieniądze potroi w krótkim czasie.



Ludzie.
Gościnność, otwartość, ciekawość, życzliwość, temperament, śmiech, to pierwsze co przychodzi do głowy na hasło - ludzie Afryki Zachodniej. 

Podróż to jednak zbiór różnych wrażeń, nierzadko nie miłych, nigdy na całość nie powinny wpływać pojedyncze przypadki. Nieporozumień często dostarczała mentalność, czyli inność rozumienia rzeczywistości. Najczęściej inaczej rozumieliśmy rozbieżność w cenach za przejazdy, posiłki, produkty i noclegi, rozbieżność w stosunku do  nas i do miejscowych, a przecież jechaliśmy jak oni, niczym sardynki w puszce, jak oni jedliśmy w przydrożnych gar kuchniach (Czy to kurczak? Nie, to mięso. Jakie mięso? ....No, mięso. Ale z czego to mięso? mięso!.????....z krowy), spaliśmy jak inni pod chmurką, bo w wynajętych pokojach był zaduch, brudne łóżka, karaluchy i dziurawa moskitiera. 
Można było być również zaskoczonym na rozdźwięk pomiędzy kosztem a standardem, gdy dodatkowym, po wiaderku i kubełku, wyposażeniem łazienki były zużyte prezerwatywy, i nikt od dawna w wynajmowanym pokoju nie wymienił pościeli, nie przetarł kurzu czy pajęczyn; cena bynajmniej nie była negocjowalna. 
Dziwiło, że w dni (bardziej) targowe ulice nie były wyłączone z ruchu, co nie znaczy, że były przejezdne, a kierowców nie ograniczało 50 km/h.
Dziwiło, że gdy od godziny zbierało się na deszcz (ulewę, burzę, sztorm - ogromne, groźne chmury, pomruki i przebłyski nieba), to wszyscy czekali do ostatniej chwili, by na pierwszą kroplę zareagować jak na poparzenie, tratując wszystko i wszystkich po drodze, walcząc o taksówkę.
Dziwiło, że raz, kto pierwszy ten lepszy, a innym razem komitet kolejkowy. To, że gdy jest napisane obok banku - bankomat, to nie znaczy, że naprawdę istnieje. To, że karta menu zawiera wiele potraw, to nie znaczy, że wszystkie można zamówić, bo tak naprawdę wszystko zależy od humoru obsługi, która może mieć akurat ochotę na drzemkę. To, że właściciel hoteliku zaproponował wachlarz usług, a kiedy z jednej chcieliśmy skorzystać, okazało się, że to na wyrost było. To, że whisky w saszetce kosztuje tyle co 0,5 litra filtrowanej wody, a za puszkę coli zapłacisz 10 krotność tej ceny. 
Ale okazji do śmiechu  dostarczaliśmy
zapewne częściej my sami, z zielonymi plecakami brano nas za wojskowych, nasze twarze zdradzały zmęczenie, pociliśmy nadmiernie, bardziej i więcej, podczas zakupów uprzejme panie wachlowały nasze czerwone od gorąca twarze, wprawiając nas w zakłopotanie. Podróżowaliśmy w trójkę, jeden mężczyzna i dwie kobietki, więc Krzysztof zbierał albo gratulacje, albo pośredniczył w matrymonialnych propozycjach wobec nas...Wyjaśnialiśmy tysiące razy nasze relacje, a często nie pozwalano nam spać w trójkę w jednym pokoju, mimo, że w tych krajach wielożeństwo jest czymś normalnym. Okazało się, że spać w jednym pomieszczeniu nie można przedstawicielom tej samej płci, nasi znajomi, ojciec z synem, mieli ten sam problem, nie ważne, że to miejsce, było burdelem.





Biurokracja.
Koszty przejechania przez kilka krajów Afryki, przekraczają czasem sens ich odwiedzenia. W tym roku nie udało się nam odwiedzić Ghany i zrealizować ważnej dla nas rzeczy
właśnie ze względu  na głupie i zmieniające się ciągle przepisy prawne lub widzimisię urzędników. Nic nowego, ale to niestety zniechęca i przez takie doświadczenia nie znaleźliśmy w sobie więcej determinacji na to by próbować innych dróg lub innych granic. 

Takich przykładów można by mnożyć, pewnie nie pamiętamy o tych oczywistych, lub one przestały nas już dziwić, a może dziwią nas rzeczy, które u nas też są normalką. Np transport.. wystarczy sobie przypomnieć warunki jazdy w KZK GOP ...
Zyskaliśmy kolejnych przyjaciół w drodze, tych bezimiennych ludzi, i tych, z którymi mamy nadzieję na dalszy kontakt, którzy łamali nie jeden stereotyp i zadziwiali nas swoją serdecznością. Bez ich pomocy ...
:)




Mal d` Africa... Czy sprawi, że znów wybierzemy się w drogę?


Wpuszczeni w maliny na Tiwai Island.

Wild life zaczęło się jeszcze wcześniej z powodu braku dobrych dróg, kiedy kolejny raz uświadamialiśmy sobie, że kierowcy tych .. pojazdów, które niegdyś przypominały samochody, powinni brać udział w rajdach typu Paryż - Dakar i pewnie je wygrywać. My zaś podczas kolejnych odcinków podróży uczyliśmy się żmudnej lekcji negocjacji.
Ile trzeba cierpliwości, ile przebiegłości, ile ignorancji, czasem złości, użycia gestów niedowierzania, wybuchu sztucznego śmiechu, na usłyszaną cenę za bilet?
Cena zawsze jest przesadzona, czasem udaje się zapłacić kwotę wprost proporcjonalną do warunków podróży, częściej płacimy więcej, kiedy indziej zdzierają z nas fortunę. Takim przypadkiem jest właśnie droga do Tiwai Island.
Kierowca poda poda, z którym jedziemy z Kenemy do Potoru i z którym zawieramy bliższą znajomość przy okazji postoju i naprawy zepsutego koła, aranżuje dla nas dwa motocykle do wioski obok Tiwai *
Motocykliści widząc, że nie mamy wyboru proponują cenę 30 tyś Leonów od osoby,  z uwagi na odległość powinniśmy zapłacić 2, cenę udaje się obniżyć do 10 tyś.

W wiosce od razu wita nas przewodnik z kucharzem, padają pytania na jak długo, co chcemy, cennik podaje kwoty w dolarach.
Oho, przypomina się Albreda w Gambii.
Już wtedy trzeba było wziąć nogi za pas, a kiedy kierowca motorka zapytał, jak zamierzamy się stąd wydostać- nie powinniśmy byli mieć wątpliwości...
A jednak zostaliśmy. Ponton ze sternikiem, kucharzem i nami odpłynął w stronę wyspy, miało się ku zachodowi słońca. Sam akces na wyspę to 20 $ od osoby. Za nocleg w namiotach płacimy kolejne 20.
Kolacja to ryż z sosem pomidorowym i konserwą za 3o tyś Leonów, czyli w cenie świeżej, smacznej ryby.
O 7 rano wychodzimy na spacer po dżungli  z przewodnikiem i jego maczetą. Przewodnik ma zapach wczorajszego wina palmowego (jungle jus) oraz papierosów Bond.
Być może to sprawia, że małpy i przedstawiciele innej obiecywanej fauny, unikają z nami spotkania, a może to głośne zachowanie przewodnika, no i nasze, bo po godzinie dreptania w kółko jesteśmy zmęczeni, jest gorąco i spacer zaczyna nas nudzić. Jedynie termity w zawrotnej ilości cieszą się z naszej wizyty.
W rezultacie zobaczyliśmy jeden gatunek małp (red columbus), wysoko w koronach drzew, ale w końcu to nie zoo.
Wyjeżdżamy tuż po śniadaniu i po uiszczeniu rachunku wystawionego w dolarach, ciesząc się, że nie zdecydowaliśmy się oglądać hipopotamów , choć pewnie sama przejażdżka motorówką po rzece byłaby przyjemna (ale nie za 50 $).
W wioseczce od wczoraj nic się nie zmieniło, transport jak nie dojeżdżał tak nie zaczął. Po jakiejś godzince przyjeżdżają po nas znajomi panowie na okadach- wcześniej ze wzgórza koło szkoły, jedynym miejscu z zasięgiem,  Kris dodzwonił się do nich prosząc o przyjazd.
I znowu jazda do Potoru, i dalej do Bandajuma, gdzie pojawił się asfalt i nadzieja na dalszą drogę.
Ale najpierw trzeba zapłacić. Panowie życzą sobie 190 tyś Leonów  (jakieś 150 złotych). Bagatela. Za tą kwotę objechalibyśmy kraj dookoła. Dwa razy.
Nie ma zmiłuj się, nie ma odwoływania się do rozsądku, pokazywania na mapie odległości, wykazywania się znajomością cen paliwa (ok 4 tyś SL za litr).
Jesteś biały, płać! Basta! Nie zapłacimy tej kwoty za odcinek ok 30 km, wołajcie policję!
Ostatecznie płacimy trochę mniej, wsiadamy wkurzeni do shared taxi, która do Bo, to podobny odcinek trasy, zawozi nas za 7 tyś (5,50 PLN)
This is Africa.






* Kierowca jest bosem. Od brudnej roboty ma średnio 2-3 pomocników, którzy tylko w sobie znanej hierarchii usługują szefowi, rzadziej pasażerom. W tym konkretnym przypadku dwóch z nich szło w strugach deszczu dróżką wypełniającą się w szybkim tempie wodą, w poszukiwaniu zgubionych śrub, trzeci z nich leżał w kałuży pod samochodem, dokręcając nowe. Kierowca w tym czasie namawiał Krisa do złotonośnego interesu, odpalając papierosa za papierosem..