Wolne miasto Freetown- retrospekcja

Do Freetown docieramy w srodku burzy,  pomiedzy wielkimi kroplami deszczu i wsrod przeblyskow, wizerunek miasta pojawia sie momentami, by ginac w ciemnosciach nocy.
Stolica Sierra Leone rozlewa sie niskimi zabudowaniami na okoliczne wzgorza, bliskosc oceanu i temperatura sprawiaja, ze wszystko okala rzadka mgla, co ogranicza widocznosc, ale za to dodaje krajobrazowi klimatu rozmarzenia.
Afryka nigdy nie zasypia i mysle, ze to stwierdzenie mozna swobodnie zaokraglic do calego kontynentu.
W ciagu dnia miasta juz od switu ozywaja rykiem silnikow, generatorow, motocykli i aut, sprzedawcy tez chyba nie chodza spac, lub mieszkaja niczym slimaki ze swoim dobytkiem na glowach, straganach, w budkach. Lokalni pastorzy, czy to spiewajacy od 5 rano muezin, czy nawracajacy na swoje wyznanie - zarliwy mowca uliczny, wraz z bijacymi poklony wyznawcami, sa wierni religii przez cala dobe. Pozniej slonce spowalnia ruchy, pot zalewa zmeczone cialo, ale to nie zaglusza halasu wydobywajacego sie z glosnikow, muzyki, ktora zyje kazdy miesien, a na pewno cala dusza.
Wszedzie odbywa sie pranie w kolorowych wielkich misach, obok w zeliwnych garach gotuje sie ryz, ktorego musi starczyc na trzy pelne posilki. Stragany uginaja sie od jedzenia, owocow mango zebranych z drzewa na wlasnym podworku, bananow, zielonych pomaranczy i ananasow. Sa i warzywa, dorodne awokado, ogorki i pomidory. Szmaty z Europy, elektronika z Chin. Sprzedawcy przekrzykuja sie z oferta, w oddali slychac bebny, tam, z megafonow dobiega reklama. Trudno przecisnac sie w tym tlumie, ciezarowki nie zwalniaja w miescie, trzeba uwazac na taksowki, okady czyli motocykle, no i zlodziejaszkow.
Swiat zwalnia o zmierzchu, choc wcale nie cichnie. Zeby normalnie sypiac, trzeba polubic ten gwar, huk wentylatora, niecichnace dyskusje, ktore latwo pomylic z klotnia, to cmokanie, syczenie, beczenie...tuz za zaslona, oknem, balkonem, hm...


Sierra slynie z pieknych plaz. Te dziewicze znajduja sie w pewnej odleglosci od stolicy i zamierzamy je zobaczyc potem, dzis jedziemy do Aberdeen na okadach. Sama kilkunastominutowa podroz jest przygoda, chlopcy, ktorzy prowadza, sprytnie lawiruja w ulicznych korkach i nie czekamy ani chwili.
Podobno przed wojna zycie tu kwitlo i byl to raj dla turystow. Dzis widac szkielety hoteli, ktore niesmialo wzrastaja w gore czekajac inwestycji. Kilka restauracyjek serwuje napoje, snacki i owoce morza, klientami sa glownie Libanczycy. Biali spotykani przez nas to pracownicy przeroznych organizacji pozarzadowych, wszyscy jezdza bialymi Toyotami Hilux, jest ich naprawde sporo.
Na granicy wielokrotnie musielismy powtarzac cel wizyty,  nasza "misje", i jakos do nikogo nie docieralo, ze moze byc nia po prostu turystyka.
Jeden straznik skwitowal to po prostu slowami- musicie byc bardzo bogaci.
 Ktoregos wieczoru siedzac w kawiarence widzimy z tarasu dwoch mezczyzn kierujacych sie w strone wejscia. Klaniamy sie im potem, kiedy siadaja przy stoliku obok. Jakis czas pozniej jeden z nich zagaduje nas w ojczystym jezyku...
Piotr i Tomek, ojciec z synem, pochodza z Warszawy, podrozuja tak jak my od strony Gambii. Wypijamy  wspolnie pare piwek, okazuje sie, ze Piotr zwiedzil pol swiata, jesli nie caly, opowiada nam swoje przygody na Kamczatce, w Kamerunie, o swojej pracy w Singapurze..Szkoda, ze juz jutro wyjezdzaja, chetnie posluchalibysmy jeszcze, tylko potem ciezko wracac do rzeczywistosci, wiedzac, ze wszystko jest mozliwe, przy odrobinie szczescia i sprzyjajacych przypadkach.


We Freetown czujemy sie troche jak w Cape Coast. Wszedzie podobne zabudowania, rytm ulicy zdaje sie przypominac Ghane, rowniez ludzie, ich otwartosc, zyczliwosc i nie narzucanie sie.





Odwiedzamy Muzeum Narodowe, znajdujace sie tuz obok legendarnego Cotton Tree, w miescie jest ogromna ilosc drewnianej architektury z czasow kolonialnych, zaadoptowanych dzis na szwalnie, piekarnie, male sklepiki. Niektore nadal robia wrazenie, inne popadaja w ruine, a mnie przenosza w czasie do lat 20 XX wieku, portowych dokow, gdzie podkomisarz Scoobi walczyl z korupcja i zepsuciem, by sam skonczyc ze soba, przygnieciony wyrzutami sumienia, po nieszczesliwym w skutkach romansie. Wlasnie skonczylam czytac Sedno sprawy Grahama Greena o Sierra Leone wlasnie i teraz kazdy sep glosno ladujacy na blaszanych dachach domow, bedzie mi przypominal ta ksiazke. A historii o szmuglerach, przemycie, przekupstwie i diamentach w naszej historii tez nie zabraknie...
Niech no tylko Krisa naklonie do pisania, tylko bez zmyslania! Obiecujemy ;)


Te kilka zdjec jest przypadkowych, wrzucimy wiecej jak bedzie okazja, wiesci jak moze sie domyslacie, sa malo chronologiczne, choc sie staramy, glowy dzialaja juz na styl afrykanski....



O k.....Jak tu pieknie!

Zielone wzgorza, upal, woda, rozrzucone gdzieniegdzie skaly, czerwona ziemia.
Minibus zbliza sie z wolna do celu. Wyrwy w asfalcie wieksze sa niz pozostala powierzchnia bitumiczna, silnik warczy, samochod z 28 pasazerami na pokladzie skacze na kamieniach i dziurach, zwalnia, przyspiesza.

Droga do Kono jest trudna.

Niezliczone palmy, kokosowce, bananowce, mangowce, drzewa bawelnianie, zielen po horyzont opasajaca rowniny i wzgorza.

Czasem przed oknami pojawiaja sie zielone od salaty, kukurydzy, kasawy pola uprawne, pola ryzu z uwijajacymi sie przy zbiorach kobietami.

Widoki jak z raju i ta ziemia czerwona, rdzawa, pomaranczowa, ziemia obfita w porze doszczowej w wode - wiec zyciodajna;

ziemia ponadto zlotodajna, ziemia w ktorej Bog - jak sadza niektorzy, diabel jak mowia inni ukryl Skarby!

-Wszyscy kopia! Wszyscy ale to wszyscy kopia! Ojcowie, matki, dzieci - powie za chwile spotkany wlasciciel jednej z kopaln diamentow w dystrykcie Kono - wlasnie mijamy tablice z napisem Welcome!



Kurz na drodze, kurz w powietrzu, kurz w gardle, w uszach, na twarzy, we wlosach, na szyi, na ubraniu.
Ta sama czerowna ziemia, ten sam czerwony proszek rozdrobniony, zwielokrotniony, uniesiony w powietrze podmuchem wiatru, pedem kol, upadkiem przedmiotu, po prostu ruchem ulicy.

Zakurzone miasto, raczej miasteczko Koidu. A kurz w tym miejscu oznacza jedno, ze miejsce zyje!



Tutaj kupuje sie, sprzedaje sie, wymienia sie. skup kruszcu, skup kamieni, skup zlota, diamentow, skup kawy i kakao. Kto moze skupuje, kto moze handluje, kto moze sprzedaje, wszyscy kopia! Chocby dla sprobowania szczescia oplaca licencje, zdobeda pozwolenie, kupia lopate, sito i mise - zaczna.

Gdy jednak zaczna skonczyc nie moga. Kopia i kopia.

Okolica jest juz mocno wyeksploatowana, ale ciagle sa miejsa gdzie moza sprobowac - a moze sie znajdzie ten jeden jedyny niewieli kamien.

To w tej okolicy znaleziono rekordowy kamien, a okolice Kono, Tongo Field i Kenemy byly niedawno diamentowym pepkiem swiata.





Kenema wita nas przyjaznie, Potoru i Tiwai Island daje nam nauczke, a Bo - sie okaze! :)

Wlasnie tu dotarlismy!

Kris

Decyzja

W tym roku niestety nie dojedziemy do Moree i nie spotkamy starych znajomych, tak juz postanowilismy wiec cicho sza, basta, trzeba isc do przodu! Jedziemy na polnoc,w gorki, na pewno nie jedna przygoda przed nami!