Tubab czy tribab ....???

Hej,
dzis pozdrawiamy z samego kranca Gambii, ktora w koncu opuszczamy, mamy szczescie, w Bassa Santasu sa kafejki i elektrycznosc (od 18) Jutro czeka nas granica z Senegalem i moze pierwsza miejscowosc w Gwinei, mamy troche obawy, bo mimo, ze wizy sa ok, to ta senegalska bedzie wazna dopiero od 29 go, ale moze nas wpuszcza wczesniej. Juz sie nie mozemy doczekac zmian z krajobrazie, zielonych gorek (nie myslcie, ze brakuje nam Irska :) hihi a teraz wiesci od tylu -


Po opuszczeniu naszego campingu i odebraniu wizy do Sierra Leone, kolejnej przeprawie promowej- dojechalismy do Albredy. Tam czekal na nas Momodou, lokalny przewodnik, ktory na dzien dobry podal nam zasady odwiedzin w wiosce (wiosce rodzinnej Kunta Kinte, dla nie pamietajacych filmu Korzenie, odsylam do ksiazki A. Haleya o tym samym tytule), wszystkie koszty - za swoje uslugi przewodnika, za muzeum, wynajecie lodzi itd.
Zostawiamy wiec plecaki w guesthousie, dosc drogim zreszta jak na super proste warunki i ruszamy z Momodou po wszystkie atrakcje. Muzeum zawiera dosc ogolne informacje i w zasadzie niczego nowego sie nie dowiadujemy, nagrywamy jednak naszego przewodnika, by wylapac cenne szczegoly, ktore mogly nam umknac. W wiosce Albreda zyje ok 1400 osob i po podliczeniu wydanych przez nas Dalasi, wyszlo nam na to, ze wszyscy tu zyja z oplat za zwiedzanie. Troche sie nabijamy, ale odnosimy wrazenie, ze w zwiazku z kultowym miejscem, fortem, muzeum, pomnikiem, nic juz nie musza robic , jak tylko wyciagac rece, sadzac po liczbie turystow- wiele razy dziennie ;)  Fort James jest warty odwiedzenia, plyniemy do niego wynajeta lodzia ok pol godziny, rzeka Gambia jest o g r o m n a, woda cudownie ciepla, , po drodze mijamy zarzucane sieci, skrzynki na krewetki, rybakow latajacych sieci, palmy na linii brzegowej, wypatrujemy ruin na wyspie..
Robimy zdjecia a koledzy Momodou przynosza nam owoce baobabu, koraliki, ktore podobno znajduja do dzis pomiedzy skalami-maja one nalezec do przetrzymywanych w budynkach noewolnikow. Unesco, ktore objelo patronatem ten rowniez fort, stawia wokol wyspy ochronna sciane, by wody nie pochlonely  ladu, wyspa jest juz dwukrotnie mniejsza niz 200 lat temu.
W Jurufeh postawiono tez pomnik upamietniajacy  wszystkie ofiary niewolnictwa- Never Slavery Again- glosi napis; wobec 27 mln wspolczesnych niewolnikow, stoi niczym smutna statua bezsilnosci.
Wieczorem zasiadamy do posilku z Jacqueline, ktora prowadzi tam rodzaj fundacji (mama Africa), Anne i jej nastoletnim synem. Jemy fish and chips w lokalnej wersji. Swieza ryba z rzeki, zwana Ladyfish, smakuje wybornie, do tego salata, pomidory, ogorek i woda, ktora ponoc jeszcze nikomu nie zaszkodzila, lamiemy wszystkie zasady, ale trudno sobie odmowic zielonego.
O 19 tej wlacza sie generator, lokatorzy walcza z regulacja telewizora a my z ogarniajacym nas snem.
Nazajutrz po sniadaniu  ruszamy z powrotem na polwysep Barra, okazuje sie, ze ta droga nie dotrzemy do Farafeni.
Lonely Planet odradza wizyte w tym miescie, w ktorym nic nie ma, my jednak zostajemy tam na noc , mamy sporo czasu zanim zacznie obowiazywac tranzytowa wiza do Senegalu. Przewodnik sie nie mylil- Farafeni to jedno zakurzone skrzyzowanie. Juz od pierwszych chwil , tuz po zalozeniu plecakow zdjetych z geli geli, zyskujemy nowego przyjaciela- Dama Mohameta Barry`ego. Zaprowadza nas do kilku noclegowni zaczynajac od tych, ktore priowadza jego znajomi, znajdujemy cos taniego. Hotelik jest zapchlony najogolniej mowiac, ale nie liczymy na komfort, umawiamy sie z Damem na potem- i tak nas nie odstapi na krok- robimy pranie i jak zwykle padamy, bo w tych temperaturach nic to i tak za duzo, co mozna by robic....
Wieczorem, kiedy jest tylko ciemno i wcale nie chlodniej, Dam oprowadza nas po strategocznych punktach miasteczka- targowisko- czesc miesna, market- czesc konfekcyjna..Uprzejmie dziekujemy za dalsze zwiedzanie  wybierajac zadaszenie sklepiku i zimnie napoje :)
Dam ma 19 lat, uczy sie w szkole sredniej i marzy o swoim wlasnym biznesie, najlepiej kafejce internetowej. Jest Muzulmaninem (jak 90 % mieszkancow Gambii), pochodzi z okolic Koldy- czyli Banjulu. Z ta kafejka to dobry pomysl, tylko, by byc konkurencyjnym musialby miec dobry sprzet, no i te przerwy w dostawie elektrycznosci. Od dwoch dni nie ma pradu.
10 km od Farafeni znajduje sie fort Kataba, nie zwiazany jednak z historia niewolnictwa. Dam jednak uwaza, ze to pozostalosci po Brytyjczykach.
Miejscowi czesto tworza wlasne legendy, by nadac miejscom charakteru turystycznego. Podobne historie slyszymy w Janjangbureh, gdzie docieramy w sobote.
Georgetown (dawna nazwa) lezy na wyspie, znajduja sie tu kolejne ruiny fortu George (tak naprawde nic juz nie pozostalo), stare magazyby przeladunkowe, jeden  drewniany budynek z czasow kolonialnych; zadne z tych miejsc nie bylo wykorzystywanych do przetrzymywania niewolnikow, powstaly po wprowadzeniu abolicjonizmu, co potwierdzil pracownik muzeum w Banjulu. Miejscowi "przewodnicy" stworzyli jednak zgrabne historie m.in o wyzwolenczym drzewie (freedom tree) i wiezieniach, gdzie trzymano schwytanych mezczyzn, kobiety i dzieci. m.in 11 letniego chlopca, ktory skonal tam w kajdanach. Drzewo natomiast bylo przepustka do wolnosci, ten ktoremu udalo sie uciec i objac owe drzewo, temu darowana byla wolnosc.
W Janjangbureh zatrzymujemy sie w rzadowych pokojach wypoczynkowych, jest to tansza opcja niz camping, w tej samej cenie co poprzedni zapchlony hotel i trzykrotnie tansza od bungalowow w Albredzie, a tu oplywamy w luksusy. Do dyspozycji mamy wlasna kuchnie, salon z sofami, wielka sypialnie, i co najwazniejsze moze- swiety spokoj. W cieniu wysokich akacji przesiaduja ptaki, wiewiorki i malpy. Tuz obok plynie leniwie rzeka, hipopotamy sa wyjatkiem, ktorego nie mozemy podziwiac w tej samej cenie ;) Innymi slowy blogosc- nie liczac obezwladniajacego zaru z nieba i slabosci, ktora nas rzuca na wygodne kanapy...
This is Africa! :)
Ps
Tubab, niesie sie zewszad za nami, to oczywiscie "bialy" w lokalnym jezyku , chyba Mandinka...
:)

7 komentarzy:

  1. Ah posiedziałabym tam z tymi małpami :) Zawsze chciałam je poprzytulać ... :P albo chociaż poobserwować na wolności :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się z każdej wiadomości od was.Fajnie że powoli realizujecie swoje plany.Gorąco wam? - możemy się nieco wymienić - u nas chłodna wiosna i jakoś jej nieśpieszno.
    Niunia,całuję mocno i pozdrawiam całą ekipę.
    M.D.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pozdrawiamy Was z wiosennego już Podkarpacia , życząc Wam trochę cienia , szybszego internetu i niezmiennie powodzenia !
    Jedliczaki

    OdpowiedzUsuń
  4. Pozdrowionka i całusy dla Was. dbajcie o siebie!Buziaki!!! Aga

    OdpowiedzUsuń
  5. Siostra z niecierpliwością czekamy na kolejne wieści z czarnego lądu... Uważajcie na siebie i powodzenia w dalszej podróży.....
    p.s.Uff u nas powiew afryki - 32 St. C. Na weselu było super choć dzieciaki nie dały nam się wyspać:) pozdrowionka!!!!
    BRAT

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hejka, mamcia wyslala mi jakies fotki z weselicha, fajnie bylo widac :) a Wy kiedy na jakies urlopy sie wybieracie? pozdrowienia dla chlopcow !!!

      Usuń
  6. Uff jak przyjemnie dzis i nie za goraco:°:
    pisanie na tych klawiaturach francuskich to nie lada wyzwanie, gdyby czlowiek chcial pisac normalnie to wyszlo by tak: no wlqsnie, spedwa,y kolejny dwien w Conakry i nic sie nie dwieje, jestes,y tutaj zawieszeni jak kiedys w Nuakchott ;)

    Brithu

    OdpowiedzUsuń