Wakacje w Nawakszut

Do stolicy Mauretanii- Nawakszut, dotarlismy w srode. Droge z Dakhla, granice i pozniejszy odcinek w Mauretanii tym razem pokonalismy bez problemow. Do Bir Gandus udalo sie pojechac stopem siedmioma roznymi samochodami, w tym z wojskowym nauczycielem z Argoub, para Wlochow nowiutkim, klimatyzowanym Seatem, potem dla odmiany Land Roverem z lat 70 -tych. Na granicy wszyscy powitali nas jak starych znajomych ;) Przy ostatnim szlabanie kierowca trucka zaproponowal nam podwiezienie do Nouabidou i znowu pokonywalismy ta droge beznadziei.
Niestety przy pasie granicznym okazalo sie, ze propozycja nie byla dobroduszna, wiec po wymianie serdecznosci szukalismy innego transportu.
I znalezlismy zarowno mozliwosc dotarcia do Nawakszut jak i nocleg. Bylo juz pozno, nie zdazylibysmy sie odprawic a Mohamed z Layounne musial czekac do rana na niezbedne dokumenty przejazdowe, wiec dlaczego nie?
Goscinnosc Marokanczyka byla rozbrajajaca. Herbatka, kolacja, pogawedki ( w miare mozliwosci i wzajemnej checi zrozumienia). Odgrodzilismy sie w kabinie tira od reszty nieprzyjaznego swiata.
Rano okazalo sie, ze papiery nie dotra tego dnia a my nie moglismy ryzykowac- dla Mohameda byl to juz piaty dzien oczekiwania i nie bylo gwarancji, ze ostatni. Pozegnalismy sie serdecznie wymieniajac telefony.
Kolejna ciezarowka pojechalismy do skrzyzowania i punktu odprawy celnej. Tam godziny oczekiwania i my znowu w kropce co robic. Wychodzimy na droge, ktora nic nie jedzie. Decydujemy, ze pojedziemy w kierunku, w ktorym pojawi sie jakikolwiek samochod. A wiec omijamy Nouabidou i wsiadamy do grande taxi - naszej jedynej nadziei dotarcia gdziekolwiek, poznym wieczorem ladujemy w polecanym campingu Nouvelle Oberge.
I tu niespodzianka. Po mniej wiecej godzinie pojawia sie Aleksander z kolega Gregiem.
Lekcje afrykanskiej cierpliwosci mamy wciaz do odrobienia.
Nastepnego dnia pojawiamy sie w ambasadzie Senegalu. Jest sroda. Wizy sa wydawane w niedziele, poniedzialki i wtorki. Jasny szlag! Wakacje w Nawakszut?


Stolica Mauretanii nie wyglada zachecajaco i chyba nie trzeba mowic, ze nikomu tu nie zalezy na rozwoju turystyki. Rozwazamy czy nie zmienic trasy i jechac teraz do Mali. Jestesmy jednak umowieni z Eliza w Gambii.

A wiec wakacje...Camping calkiem sympatyczny, plaze pokazuje nam Aleksander, w Polsce teraz zima stulecia wiec nie mamy co narzekac. Jedynym mankamentem wydaje sie byc ...brak piwa :) A Senegal tak blisko...

Targ rybny.

Poczulismy sie jak w Moree. Kolorowe rybackie lodzie tuz po polowach z trudem wydobywane na brzeg. Gwar na straganach, kosze pelne plonow morza, malenkich plotek, makreli, kalmarow, plaszczek, nieraz cudacznych stworzen, ktorych nazw nie znamy. Zapach patroszonych ryb, slona breja wymieszana z krwia, uliczki pelne lusek, wybrukowane jak kocimi lbami.

Po świeżą zdobycz idziemy jednak miedzy lodzie. Aleksander targuje się z miejscowymi. Pyta o cenę, wskazuje wypatrzony okaz, podnosi rybe, ocenia jej swiezosc po kolorze skrzeli, wącha. Gdy wydaje sie ze juz sie dogadal- lamanym francuskim, angielskim i po slowensku- wygrzebuje z plecaka lampke. Najnormalniejsza na swiecie lampke na biurko. W gromadzie rodzinki konsternacja. Mama oglada przedmiot, pyta o zarowke, ocenia i patrzy pytajaco. Na co Aleks - changer-zamiana. Nam juz o tym mowil- z Afryce praktycznie nie uzywa pieniadza, nawet za paliwo nie placi, lecz wymienia przywiezione ze soba z Europy przedmioty, ubrania, buty.

Po chwili juz uklad stoi- lampa wedruje w rece rodzinki i cala resza juz zaciera rece, co jeszcze kryje sie w plecaku? Za kilka koszutek wybieraja mniejsze ryby, rzeczy starczy dla kazdego.

Jutro mamy tutaj wrocic, aby kupic obiecanego przez rybakow dziwnego slimaka, ktory przypomina bardziej mątwę. Jestesmy oczarowani ta sytuacja i jednoglosnie stwierdzamy , ze powrot do Rabatu nie byl na marne, tyle juz dowiedzielismy sie od spotkanych dzieki temu ludzi! Wieczorem zasiadamy do stolu w miedzynarodowym towarzystwie- dwoch Slowencow, Wloch, Marokanczyk, Maur oraz my. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz