Dobraliśmy sie jak w korcu maku. Podobne myslenie, szybkie, spontaniczne decyzje, optymistyczne wizje przyszlosci. Nie ma juz konsulatu w Casablance? Trudno, ale przeciez nie bedziemy sie wracac 130 km do Rabatu!
Wracamy wiec 2000 km przez pustynie i z powrotem drugie tyle. Nie bardzo ta wizja przypadla nam do gustu, ale co zrobic? Samolot do Senegalu z Dakhla? Na lotnisku w Dakarze wizy nie dostaniemy a ceny za przelot sa wielokrotnie wyzsze niz gdyby leciec z Europy. Jedna osoba zostaje, druga poswieca czas i wysilek , by dotrzec do Rabatu? Losujemy? Odpada. Przyjechalismy tu razem i nie bedziemy sie rozstawac, poza tym podrozowac w dwojke zawsze bezpieczniej. Autobusy cholernie drogie jak na nasze mozliwosci, ponad 100 euro w jedna strone. Najtaniej wypada wracac autostopem i jeszcze raz zweryfikowac nasze spojrzenie na Maroko...
Snujemy sie bez celu i sensu po zatloczonych wieczorem uliczkach Dakhli. Mijamy wypozyczalnie samochodow i zapala sie zarowka! Paliwo tanie jak barszcz, zapytac nie zaszkodzi. Z nasza wiedza na tamten dzien i doswiadczeniem z autostopem musielismy sie liczyc na dzien dobry z kosztami.
I rzeczywiscie, po szybkiej kalkulacji ta opcja pozwala zaoszczedzic i czas i wysilek i pieniadze.
Sunelismy wiec 24 h noca przez pustynna droge a potem serpentyny Atlasu z przerwami na sen w zaulkach stacji benzynowych. Potem juz nie spieszac sie -nie udaloby sie dotrzec do ambasady na rano- moglismy podziwiac przegapione poprzednio piekno prowincjonalnych wiosek, lokalne stragany z rekodzielem, uginajace sie stoly pod ciezarem pomaranczy i bananow. Kolorowe lampy, naczynia, dywany.
Jak na zlosc bateria w aparacie wysiadla. Ale czy to istotne, kiedy wyglada na to, ze pojedziemy ta droga jeszcze 2 razy ? :) Zapamietujemy serie obrazow.
Spimy pod ambasada w Rabacie i cale szczescie dostajemy wize po 4 godzinach oczekiwania. Uff, balismy sie ze przyjdzie nam czekac do poniedzialku.
Spotkania.
Blizniacy z Rosji.
Juz dwa razy spotkalismy Rosjan, ktorzy szli przez pustynie z zamiarem przemierzenia jej w 40 dni. Dwa plecaki, jeden na rowerze, drugi przytroczony do wozka. W bagazu wszystko co potrzebne do przetrwania, doskonale mapy, telefon satelitarny, GPS. Nic dziwnego, zgubic sie na Saharze to nie bylby dobry pomysl.
Tych dwoch smialkow ma zamiar zobyc w ten sposob 5 najwiekszych pustyn swiata. Juz dwa razy przeszli wschodnia Afryke, objechali tez na motorach swiat dookola!
www.marafon.ru www.sinelniki.ru
Moze jeszcze sie spotkamy? Mieli zamiar dojsc do rzeki Senegal, ale rowniez nie wyrobili wczeniej wiz. Nie zmartwila ich jednak nasza wiadomosc, zawsze moga sie wrocic do Rabatu ... :)
Nie brak tu innych interesujacych uzytkownikow drog. Jezdza na rowerach, motocyklach, quadach, osiolkami, wielbladami, nie mowiac o samochodach terenowych, ktore obok starych mercedesow, tzw. beczek, sa drugim najbardziej popularnym srodkiem transportu.
Czlowiek z budki.
Tuz za Laayoune, gdzie lapalismy stopa podbiega do nas mezczyzna machajac rekami i krzyczac dzien dobry w kilku jezykach. Ma na imie Ahmed i wyglada na to, ze mieszka w pobliskiej miejscowosci a czas spedza na rozmowach z przejezdzajacymi lub siedzac w cieniu niebieskiej, drewnianej, tajemniczej budki. Moze to ujecie wody a Ahmed jest jej straznikiem? Czestuje nas kilkoma radami, w tym zeby uwazac na ludzi z brodami i nie wsiadac do kat-kat, czyli jak sie domyslaly do samochodow terenowych (hmm)...
Czesto wesolo wola "liszwalisa", "liszwalisa", odpowiadamy usmiechem nie wizdzac o co chodzi.
Dopiero kiedy pokazuje znak Solidarnosci, rozszyfrowujemy - " Lech Walesa".
Ciekawe.
Jadac samochodem kolo Tiznit zabieramy na stopa dziadka z pobliskiej wioski. Wysiadajac chce nam zaplacic. Oczywiscie nie chcemy zadnych pieniedzy. Potem Aleksander tlumaczy nam, ze autostop tu nie funkcjonuje, zatrzymany samochod traktuje sie jak taksowke.
Aleks.
Aleksandra poznajemy rano pod ambasada. Rownie skladnie jak my dogaduje sie po francusku :) Jest ze Slowenii i rowniez wczoraj dowiedzial sie, ze wizy na granicy nie dostanie, dlatego zostawil kompana w Essauira i sam przyjechal w tym celu do Rabatu. Dla niego to tylko jakies 400 km...
Dogadujemy sie i teraz jedziemy razem w strone Esssauiry. Dowiedzielismy sie od niego mnostwo potrzebych infomacji na teraz i przyszlosc, ceny, namiary, kontakty, ciekawostki.
Bedziemy w kontakcie i byc moze spotkamy sie w Nawakszut.
Watpliwosci.
Wyglada na to, ze trzeba wlasne zeby zjesc aby zdobyc doswiadczenie. Tylko jak to bogactwo informacji przeliczyc na skromny od poczatku budzet a po 4 tys km nadlozenia drogi, znacznie szczuplejszy?
Musimy sie na dzis liczyc ze skroceniem trasy- juz na pewno o Gwinee i Wybrzeze Kosci Sloniowej.
Zakladany kosztorys oparty na doswiadczeniu innych i nieco na naszym optymizmie, mozemy wlozyc miedzy bajki. Moglismy uniknac tej sytuacji z wiza, mimo, ze przepisy zmienily sie podobno miesiac temu (rozne informacje), pamietajac gdzie jestesmy. Niestabilnosc rzadow krajow takich jak Mauretania pozwala wziac poprawke na istniejace gdzies plynne prawo. Jednak w tak krotkim czasie dostalismy tak wiele skrajnie roznych informacji, ktore pozwolily nam wierzyc, ze nie bedzie problemow. Spod granicy wracalo wiele, wiele osob. Jeszcze wiecej zawracalo z drogi.
Nic to, jedziemy tak daleko jak karma i strawa pozwoli :)
W celu podreperowania naszych finansow otworzymy galerie zdjec, ktore przeznaczymy do sprzedazy na zasadach royality free, tzn. ze kupujacy moze uzyc ich do wielokrotch publikacji, takze w celach komercyjnych.
Szczegoly dla chcacych nas wesprzec zamiescimy w zakladce galerii :)
Tym czasem odpoczywamy po ostatnich szalonych 4 dniach w drodze. Jutro ponownie kierunek granica!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz