Skwar. Ukrop. Gorraco ! Slonce za chmurami, wiatr porywa piach z ulic oblepiajac nim obficie spocone, lepkie ciala. Bedzie padac. Oby to byl spory deszcz, niech nam pomoze odzyskac swiezosc, oddech nieco lzejszy, krok szybszy..
Rozleniwilismy sie przez te pare dni. Temperatura dala sie we znaki, zmeczenie nic nie robieniem.
Wczoraj dostalismy maila od P. Krystyny- 20 lutego trzecie urodziny Fundacji w Moree i festiwal! Serce sie cieszy, ale jaki zal ze nas nie bedzie ! A dzis ? Dzis okazuje sie, ze wize dostaniemy we wtorek ! Urocza pani urzednik bawiaca sie rozowym telefonem informuje nas, ze wszyscy sa bardzo zajeci i musimy poczekac jeszcze 3 dni !
Tego juz za wiele. W dodatku nie mamy zadnej rezerwacji hotelu a taka jest wymagana, zeby dostac wize. Idziemy do kafejki kombinowac adres, ale juz po drodze klebia sie mysli. Moze to znak i jakas sila pcha nas w strone Ghany ? Zalujemy ostatniej decyzji i teraz sie nie wahamy. Obok ambasada Mali. Jedziemy do Mali ! Wizę otrzymujemy w 20 minut.
Widac tak mialo byc.
(...)
Pustynia przechodzi w sahel. Piasek nabiera rdzawego koloru , gdzieniegdzie wyrasta samotne drzewo , karlowate niczym miniatura bonsai.
Zmierzamy trzesacym sie autobusem w strone granicy z Mali. Glod powoli przypomina o braku sniadania a to dopiero 3 godzina drogi. Przed nami 20 …
Jestesmy jedynymi bialymi pasazerami na tej trasie i wreszcie ja nie jestem jedyna kobieta w drodze. Kolorowe jak motyle madames zdobią pojedyncze miejsca.
Nadal zadziwiajace jest jak w tym kraju nic nie ma, nic ponad pustke. Mijamy olbrzymie polacie wszechogarniajacej przestrzeni niczego. Pustynia jest tajemnicza i hipnotyzujaca. Zmienia sie, nakrywa delikatnymi, seledynowymi trawamy. Pastelowe pasy ziemi przypominaja tecze- to slonce i ruchoma przestrzen bawia sie z nami w kalambury.
Przystanek w jednej z wiosek. Dopiero teraz widzimy podobienstwo z zapamietana kiedys Afryka. Arabski swiat zostawiamy w tyle, mimo, ze kolejne kraje beda rowniez w wiekszosci muzulmanskie, sniade oblicza medrcow zastepuja rozesmiane twarze kobiet sprzedajacych owoce z koszy na glowach.
Pelny autobus toczy sie z trudem, mijaja kolejne godziny, nabieramy spoznienia. O 3 nad ranem docieramy do granicy. Wykonczeni dowiadujemy sie, ze ruszymy dopiero rano. Zabieraja nam bilety, paszporty i wskazuja namiot, w ktorym mozna sie przespac .
Przeciez nigdzie sie nie wybieramy…
Noc zimna dla rownowagi z coraz goretszymi dniami. Nieprzygotowani marzniemy w namiocie posrod innych podroznych zawinietych szczelnie w koce.
Rano pakujemy sie do aut i przekraczamy granice. Witajcie w Mali, teraz juz zadnych problemow !
W Nioro 60 km od granicy przesiadamy sie w kolejny autobus, wypijamy kubek kawy ze slodkim mlekiem i znowu chce sie zyc.
Ruszamy okolo poludnia, ostatnie 400 km pokonujely walczac o lyk powietrza z niedomykajacych sie drzwi starego mercedesa. Krajobraz juz tak nie cieszy, w Bamako jestesmy okolo 20-tej po 37 godzinach jazdy (spoznieni o prawie 13 -cie)
Nie dbajac o dzielnice, ciemnosci i tlum na ulicach znajdujemy pierwszy hotel, cena zdecydowanie za wysoka. Znajdujemy kolejny dwukrotnie tanszy- Panda 2 – u Chinczyka.
Sa lozka, jest prysznic, zostajemy. Pytają czy chcemy spac. No tak, chcemy pokoj, dwie osoby, do jutra. Jemy wielka porcje ryzu z warzywami i kurczakiem, pijemy piwo …Czy to nie cudowne ?
W menu dziwny cennik, pokoje na godziny. Aha, śpimy dzis w burdelu. Ale nie jest to istotne, huk wentylatora i komary nie zakłócają ciężkiego snu.
Rozleniwilismy sie przez te pare dni. Temperatura dala sie we znaki, zmeczenie nic nie robieniem.
Wczoraj dostalismy maila od P. Krystyny- 20 lutego trzecie urodziny Fundacji w Moree i festiwal! Serce sie cieszy, ale jaki zal ze nas nie bedzie ! A dzis ? Dzis okazuje sie, ze wize dostaniemy we wtorek ! Urocza pani urzednik bawiaca sie rozowym telefonem informuje nas, ze wszyscy sa bardzo zajeci i musimy poczekac jeszcze 3 dni !
Tego juz za wiele. W dodatku nie mamy zadnej rezerwacji hotelu a taka jest wymagana, zeby dostac wize. Idziemy do kafejki kombinowac adres, ale juz po drodze klebia sie mysli. Moze to znak i jakas sila pcha nas w strone Ghany ? Zalujemy ostatniej decyzji i teraz sie nie wahamy. Obok ambasada Mali. Jedziemy do Mali ! Wizę otrzymujemy w 20 minut.
Widac tak mialo byc.
(...)
Pustynia przechodzi w sahel. Piasek nabiera rdzawego koloru , gdzieniegdzie wyrasta samotne drzewo , karlowate niczym miniatura bonsai.
Zmierzamy trzesacym sie autobusem w strone granicy z Mali. Glod powoli przypomina o braku sniadania a to dopiero 3 godzina drogi. Przed nami 20 …
Jestesmy jedynymi bialymi pasazerami na tej trasie i wreszcie ja nie jestem jedyna kobieta w drodze. Kolorowe jak motyle madames zdobią pojedyncze miejsca.
Nadal zadziwiajace jest jak w tym kraju nic nie ma, nic ponad pustke. Mijamy olbrzymie polacie wszechogarniajacej przestrzeni niczego. Pustynia jest tajemnicza i hipnotyzujaca. Zmienia sie, nakrywa delikatnymi, seledynowymi trawamy. Pastelowe pasy ziemi przypominaja tecze- to slonce i ruchoma przestrzen bawia sie z nami w kalambury.
Przystanek w jednej z wiosek. Dopiero teraz widzimy podobienstwo z zapamietana kiedys Afryka. Arabski swiat zostawiamy w tyle, mimo, ze kolejne kraje beda rowniez w wiekszosci muzulmanskie, sniade oblicza medrcow zastepuja rozesmiane twarze kobiet sprzedajacych owoce z koszy na glowach.
Pelny autobus toczy sie z trudem, mijaja kolejne godziny, nabieramy spoznienia. O 3 nad ranem docieramy do granicy. Wykonczeni dowiadujemy sie, ze ruszymy dopiero rano. Zabieraja nam bilety, paszporty i wskazuja namiot, w ktorym mozna sie przespac .
Przeciez nigdzie sie nie wybieramy…
Noc zimna dla rownowagi z coraz goretszymi dniami. Nieprzygotowani marzniemy w namiocie posrod innych podroznych zawinietych szczelnie w koce.
Rano pakujemy sie do aut i przekraczamy granice. Witajcie w Mali, teraz juz zadnych problemow !
W Nioro 60 km od granicy przesiadamy sie w kolejny autobus, wypijamy kubek kawy ze slodkim mlekiem i znowu chce sie zyc.
Ruszamy okolo poludnia, ostatnie 400 km pokonujely walczac o lyk powietrza z niedomykajacych sie drzwi starego mercedesa. Krajobraz juz tak nie cieszy, w Bamako jestesmy okolo 20-tej po 37 godzinach jazdy (spoznieni o prawie 13 -cie)
Nie dbajac o dzielnice, ciemnosci i tlum na ulicach znajdujemy pierwszy hotel, cena zdecydowanie za wysoka. Znajdujemy kolejny dwukrotnie tanszy- Panda 2 – u Chinczyka.
Sa lozka, jest prysznic, zostajemy. Pytają czy chcemy spac. No tak, chcemy pokoj, dwie osoby, do jutra. Jemy wielka porcje ryzu z warzywami i kurczakiem, pijemy piwo …Czy to nie cudowne ?
W menu dziwny cennik, pokoje na godziny. Aha, śpimy dzis w burdelu. Ale nie jest to istotne, huk wentylatora i komary nie zakłócają ciężkiego snu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz