Tea in the Sahara

Wyobraźcie sobie powierzchnie płaską, tak dużą że, dokąd sięgnąć okiem jest właśnie ta płaskość, płaskość całkowita. Patelnia - olbrzymia, a na niej, zwróconej twarzą do ognia wiecznego nie ma nic poza nami, zamkniętymi jak sardynki w puszce, i małymi kępkami traw, porostów wyglądających jak okruchy kopru.
Wszystko to suche, wszystko gorące, wszystko spragnione.
A wystarczy, zdaje się, kropla oleju i już zacznie skwierczeć, pryskać, przywierać.
Pustynia jest czymś wyjątkowym, jest niebywałym ogromem, bo nie wystarczy dojść po horyzont, wtedy zaledwie ujrzy się kolejny horyzont, pod koniec którego oko dostrzega tylko tą samą pustkę, nic, rozgrzane powietrze, rozgrzany uniesiony w nim pyl i piach, róż na przestworzu, suchy wicherek...

W Layounne, pierwszym mieście Sahary Zachodniej, jakie odwiedziliśmy, nie mieliśmy innej opcji jak tylko poszukać taniego noclegu (marzyliśmy o kąpieli).

Było po piątej, wiec szybko zdecydowaliśmy się na polecony przez pana policjanta hotelik Sahel, gdzie za 70 dirhamow udało nam się wynająć przytulny pokoik.
Rano już po niedługim oczekiwaniu na stopa, ruszyliśmy z miejsca wraz z chłopakiem pracującym w pobliskim porcie. Polecił nam łapanie okazji właśnie tam, gdyż jak twierdził wiele ciężarówek wyjeżdża z portu. W El Marsa - taki znak widniał opodal portowej mieściny zostaliśmy bardzo gościnnie powitani przez gromadkę dzieciaków - rzucali w nas kamieniami, które lądując tłukły z impetem bruk. Zlać takie po dupie i tyle!


Próbujemy lapac stopa juz spory czas, ale jak na zlosc nic sie nie chce zatrzymac. Jest upal.

A moze te pol godziny to wcale nie dlugo, jak na oczekiwanie na stopa.
Słyszymy klakson samochodu, za plecami stoi potezny tir a kierowca chętny jest nas zabrac ... za oplata; po krotkich negocjacjach nie godzimy się na zawyżoną sumę. Po paru chwilach ten sam tir pojawia się znów przed nami, zbieg okoliczności? Jednak nie. Tym razem cena jest zadowalająca, jedziemy do Dakhli!

O tym, że zbliżamy się do Dakhli świadczą tylko słupki przy drodze, takie bialo-czerwone stołki z napisem Dakhla 177, Dakhla 147, Dakhla 135.

Mimo, ze nie zamierzaliśmy odwiedzać tego miasta, tylko przespać się gdzieś przy drodze biegnącej dalej na południe ( do Dakhli prowadzi zjazd, jest ona położona na cyplu), to rozstawione przy skrzyżowaniu posterunki policji i żandarmerii sprowokowały nas do kontynuowania jazdy. Miasto-serce Sahary Zachodniej witamy już po zmroku. Pierwsze co robimy to zakupy, jakieś warzywa na kolacje, potem poszukiwanie noclegowni i upragniony wypoczynek.

Wydostanie się z Dakhli to nie lada problem. Wszelkie autobusy, które tu dojeżdżają obierają jedynie kierunek północny, my zaś chcemy do granicy z Mauretania, do osady Bir Gandus. Na początek dnia dajemy się naciągnąć kierowcy malutkiej ciężaróweczki, ale nie łamiąc się ruszamy dalej. Spacerując po pięknie położonej krainie, gdzie po naszej prawicy setka samochodów kempingowych świadczy o najeździe turystów, zatrzymujemy kolejnego tira. Tym razem krotka przejazdżka pozwala nam stanąć znów na drodze biegnącej ku Mauretanii.


cdn...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz