Jak tylko opuscilimy Casablanke, tak krajobraz zmienil sie nie do poznania. Piekne pagorki koloru cegły poprzecinane zielonymi krzewami wzrastaly z kazdym kilometrem, by urosnac w osniezone szczyty.
Czas w autobusie spedzamy na rozmowach. Ten muzulmanski swiat narzuca inne prawa, miasta sa nastroszone meczetami, czas modlitw nawoluje zewszad muezin. Z drugiej strony olbrzymie wiezowce, korporacje, firmy, samochody, wymieszanie dzielnic bogaczy i biednej codziennosci.
Tradycja idaca pod ramie z twardymi prawami szybkiego swiata. W Medynie czuc zapach starosci, rekodziela, ale towarzystwo towarow masowych, t-shirtow i komercyjnych plyt CD, odbiera caly urok.
Teraz jednak, kiedy suniemy na Marakesz zielono-rdzawy krajobaz koi wszystkie mieszane uczucia.
Do Tan Tan zajechalismy na 3 rano. Miasto o dziwo nie spalo. Udalo sie jednak nie wzbudzic niepotrzebnego zainteresowania naszym pojawieniem sie w srodku nocy. Rozlozylismy namiot w ustronnym parku i dospalismy do 6, by przed switem zebrac sie z powrotem.
Sniadanie w postaci wczorajszej kanapki, snikersa i probujemy zlapac stopa. Nie czekalismy dlugo, zatrzymuje sie kierowca renault, ktory jedzie do Louyoune. Swietnie. Chce jednak za to drobna oplate, wiec kalkulujemy na szybko i w koncu wsiadamy. Nasze szczescie trwa jednak niezbyt dlugo- do pierwszego posterunku policji. Takie punkty kontrolne sa rozsiane srednio co 50 km oraz przy wjazdach i wyjazdach z miast. Dosc meczaca sprawa, gdyz za kazdym razem trzeba odpowiedziec na te same pytania, pokazac paszport, czasem czekac kilkadziesiat minut. Teraz byl jakis problem. Policjanci kazali kierowcy wrocic do Tan Tan a nas odwiezc z powrotem zabraniajac przy tym lapac stopa. Nie wyglada to za dobrze, zwlaszcza, ze tej kontroli nie sposob ominac. Kiedy jednak policjant dowiaduje sie, ze nie zaplacilismy zadnych pieniedzy za podwiezienie (jeszcze nie zaplacilismy) a my stwierdzilismy, ze w takim razie wysiadamy i idziemy w kierunku przeznaczenia, pozwolil nam podjechac do pierwszej stacji i tam poczekac na autobus. Tym samym zgodzil sie na dalsza droge stopem, bo zaden autobus CTM'u nie zatrzymuje sie ot tak by zebrac z drogi przypadkowych pasazerow.
Ze stacji kolejne 20-30 km jedziemy z Francuzami czysciutkim camperem. Potem kawa i spacer po pustyni. Wysokie klify, wzburzony ocean i droga do nikad posrodku niczego. Setki, tysiace kilometrow pustyni, ktora zmienia sie z brunatno szarej skorupy w piaskowe, zlote wydmy.
Kolejny stop wiedzie nas juz do Luoyoune. Zabiera nas czlowiek o aparycji Jakuba Wedrowycza, mowiacy tylko po arabsku. Porozumiewamy sie z nim w miedzynarodowym jezyku gestow :) Zaprasza nas na placek z oliwa i mietowa herbatke. Wzudza nasz szacunek nie tylko ze wzgledu na wiek, to dosc leciwy czlowiek, ale tez sposob bycia. Jest w nim cos co mozna nazwac dobrem bijacym od wewnatrz. Ma oczy swiadczace o doswiadczeniu ale w spojrzeniu latwo dostrzec mlodosc i charakter. Klnie siarczyscie na mijanych kierowcow, smialo wrecza policjantom drobne pieniadze i papierosy w ramach przepustki. Ma stary wymiety garnitur nie pierwszej czystosci, na nim sweter - jest ponad 25 °C-welniana mycke na glowie, tygodniowy zarost, usmiech nalogowego palacza, brakuje tylko gumofilcy ;) Na pozegnanie wreczamy mu nozyk, ktory dostalismy od naszego sponsora- sklepu kolba.pl Wszyscy sa zadowoleni a my witamy sie z Saharą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz