W ostatnim tygodniu w Sierra Leone postanowiliśmy zrobić sobie labę i udaliśmy się na półwysep blisko Freetown, by naładować baterie przed powrotem. Auntie Grace, właścicielka, czy też może- burdel mama w guest housie, w którym się zameldowaliśmy już trzeci raz, wyrządziła nam przysługę przechowując większość rzeczy na recepcji byśmy ich nie taszczyli ze sobą. Odwiedziliśmy w sumie trzy różne plaże, najsłynniejszą w River no 2, Tokeh i Kent. Tymczasem każda mała wioska znajdująca się na wokół półwyspu oferowała na swoim wybrzeżu wyludnione i czyste plaże. Miejscami widać było budujące się kurorty, które mamy nadzieję, będą komponować się z krajobrazem, a nie niszczyć go betonowymi hotelami. W najbliższej do stolicy wiosce nazwanej po prostu River no 2 (rzek wpływających do oceanu jest w sumie 5) stoi spory kompleks z bungalowami do wynajęcia, restauracją, w weekendy odwiedzany głównie przez pracowników NGO -sów, w tygodniu zupełnie pusty, więc szeroką, białą plażę z piaskiem tak drobnym jak mąka, można mieć wtedy jedynie dla siebie.
Potem Gbessia International Airport, bezpieczny lot liniami Air Maroc w towarzystwie wesołych muzyków Capletona and Prophecy Band, sześć godzin postoju w Casablance, kolejne 3 do Londynu, nocka na Stansted i Luton, i znowu lot do Poznania i Corku.
Nie wiemy jak Kasia w Polsce, ale nas przywitał rzęsisty deszcz i 13 st. C, droga taksówką w stronę Shandon i szare miasto budzące się ze snu. Nie łatwo było odrodzić się do nowego życia, bo chociaż nie było nas tylko chwilę, to rzeczywistość jaka nas otaczała w czasie podróży, biegła jakby w równoległym wymiarze, mając za nic tutejszy czas i kalendarz.
A teraz, teraz nie pozostaje nic innego jak tylko poczekać na odpowiedni moment, by znów wyruszyć.
Do zobaczenia Afryko.
My zatrzymujemy się jakieś dwa kilometry dalej, na plaży w Tokeh, jemy świeżo złowioną barakudę na obiad, wieczorem oglądamy na wielkim telewizorze finał Ligi mistrzów, zasypiamy z szumem oceanu w uszach. Kurorty zmonopolizowały niestety wszystkie atrakcje wokół wybrzeża, więc na wycieczkę w górę rzeki, nad wodospad, czy na pobliskie Banana Island, można było się wybrać za ich pośrednictwem, które za wszelką cenę chcieliśmy ominąć. Przewodnicy okazywali się jednak szybsi a wieść o turystach rozchodziła się z prędkością światła :) Tak więc pobyt tam ograniczyliśmy do spacerów i uganiania się za krabami, które można było sobie upolować a potem przyrządzić. Oczywiście cała zabawa jest w łapaniu króliczka, kto by chciał jeść te stworzenia, które zresztą początkowo wzięliśmy za wielkie pająki. Krajobraz cieszył oczy, ocean łagodnie oplatał plażę, woda w głąb przez kilkanaście metrów była ciągle płytka, cudownie ciepła a rzekę w czasie odpływu swobodnie przekraczaliśmy, zapadając gdzieniegdzie się jak w ruchomych piaskach.
Kilka kilometrów dalej, w Kent, biały piasek zmienił kolor na ceglasty, ocean wściekle wdzierał się na wybrzeże, nie pozwalając nawet wejść do wody. Rozbiliśmy nasz namiot w ośrodku Relaksation, gdzie tak naprawdę wybudowana była tylko fasada przyszłego baru :) Jego właściciel, Sierra Leończyk (to nowość) pracował na rozwój biznesu w Etiopii, na miejscu pieczę nad wszystkim trzymali miejscowi przewodnicy. Zatrzymaliśmy się tam za symboliczną cenę a nasi opiekunowie gotowi byli zapewnić nam wszystkie wygody, przygotowali obiad, zimne napoje, wodę do mycia, ognisko na plaży, zorganizowali nawet przenośną toaletę...która okazała się drewnianą skrzynką z przybitą do niej deską klozetową. Skrzynkę ustawiono w szczerym polu, z jednej strony otaczał ją bambusowy parawan, który co chwilę pod wpływem wiatru lądował na ziemi, więc za ten rodzaj udogodnień podziękowaliśmy ładnie wybierając zalesione łono natury.
Na obiad podano nam pyszną rybę, tym razem faszerowaną pomidorami i czosnkiem, do tego smażone słodkie ziemniaki. Chyba jeszcze nigdy nie mieliśmy okazji kosztować tak wspaniałych ryb, jak w Sierra Leone, nie skusiliśmy się jedynie na homara.
Przy okazji dowiedzieliśmy się też ile może kosztować wycieczka na pobliskie bananowe wyspy ze stolicą w Dublinie, ze 150 $ cena spadła na trzydzieści a następnie na dziesięć by zejść do jednego dolara, dla lokalnych. My już jednak nie mieliśmy czasu, by je odwiedzić, z Kent wracaliśmy do stolicy, mając przed oczami jasną perspektywę powrotu do tych cudnych miejsc.
Teraz czekała na nas kilkugodzinna jazda do Conakry autobusem SLRTC, postoje, granice, pieczątki, fiszki. Stolica Gwinei przywitała nas ulewą, ponownie zameldowaliśmy się na misji katolickiej, która była niczym oaza spokoju w tym wielkim mieście. Ostatnie dwa dni spędziliśmy na zakupach pamiątek, spotkań z Sulejmanem. Żegnaliśmy się z Nim i z Afryką. Przeczuwając nie łatwy tu powrót, dominowało w nas poczucie jakiegoś nienasycenia. Potem Gbessia International Airport, bezpieczny lot liniami Air Maroc w towarzystwie wesołych muzyków Capletona and Prophecy Band, sześć godzin postoju w Casablance, kolejne 3 do Londynu, nocka na Stansted i Luton, i znowu lot do Poznania i Corku.
Nie wiemy jak Kasia w Polsce, ale nas przywitał rzęsisty deszcz i 13 st. C, droga taksówką w stronę Shandon i szare miasto budzące się ze snu. Nie łatwo było odrodzić się do nowego życia, bo chociaż nie było nas tylko chwilę, to rzeczywistość jaka nas otaczała w czasie podróży, biegła jakby w równoległym wymiarze, mając za nic tutejszy czas i kalendarz.
A teraz, teraz nie pozostaje nic innego jak tylko poczekać na odpowiedni moment, by znów wyruszyć.
Do zobaczenia Afryko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz