Wpuszczeni w maliny na Tiwai Island.

Wild life zaczęło się jeszcze wcześniej z powodu braku dobrych dróg, kiedy kolejny raz uświadamialiśmy sobie, że kierowcy tych .. pojazdów, które niegdyś przypominały samochody, powinni brać udział w rajdach typu Paryż - Dakar i pewnie je wygrywać. My zaś podczas kolejnych odcinków podróży uczyliśmy się żmudnej lekcji negocjacji.
Ile trzeba cierpliwości, ile przebiegłości, ile ignorancji, czasem złości, użycia gestów niedowierzania, wybuchu sztucznego śmiechu, na usłyszaną cenę za bilet?
Cena zawsze jest przesadzona, czasem udaje się zapłacić kwotę wprost proporcjonalną do warunków podróży, częściej płacimy więcej, kiedy indziej zdzierają z nas fortunę. Takim przypadkiem jest właśnie droga do Tiwai Island.
Kierowca poda poda, z którym jedziemy z Kenemy do Potoru i z którym zawieramy bliższą znajomość przy okazji postoju i naprawy zepsutego koła, aranżuje dla nas dwa motocykle do wioski obok Tiwai *
Motocykliści widząc, że nie mamy wyboru proponują cenę 30 tyś Leonów od osoby,  z uwagi na odległość powinniśmy zapłacić 2, cenę udaje się obniżyć do 10 tyś.

W wiosce od razu wita nas przewodnik z kucharzem, padają pytania na jak długo, co chcemy, cennik podaje kwoty w dolarach.
Oho, przypomina się Albreda w Gambii.
Już wtedy trzeba było wziąć nogi za pas, a kiedy kierowca motorka zapytał, jak zamierzamy się stąd wydostać- nie powinniśmy byli mieć wątpliwości...
A jednak zostaliśmy. Ponton ze sternikiem, kucharzem i nami odpłynął w stronę wyspy, miało się ku zachodowi słońca. Sam akces na wyspę to 20 $ od osoby. Za nocleg w namiotach płacimy kolejne 20.
Kolacja to ryż z sosem pomidorowym i konserwą za 3o tyś Leonów, czyli w cenie świeżej, smacznej ryby.
O 7 rano wychodzimy na spacer po dżungli  z przewodnikiem i jego maczetą. Przewodnik ma zapach wczorajszego wina palmowego (jungle jus) oraz papierosów Bond.
Być może to sprawia, że małpy i przedstawiciele innej obiecywanej fauny, unikają z nami spotkania, a może to głośne zachowanie przewodnika, no i nasze, bo po godzinie dreptania w kółko jesteśmy zmęczeni, jest gorąco i spacer zaczyna nas nudzić. Jedynie termity w zawrotnej ilości cieszą się z naszej wizyty.
W rezultacie zobaczyliśmy jeden gatunek małp (red columbus), wysoko w koronach drzew, ale w końcu to nie zoo.
Wyjeżdżamy tuż po śniadaniu i po uiszczeniu rachunku wystawionego w dolarach, ciesząc się, że nie zdecydowaliśmy się oglądać hipopotamów , choć pewnie sama przejażdżka motorówką po rzece byłaby przyjemna (ale nie za 50 $).
W wioseczce od wczoraj nic się nie zmieniło, transport jak nie dojeżdżał tak nie zaczął. Po jakiejś godzince przyjeżdżają po nas znajomi panowie na okadach- wcześniej ze wzgórza koło szkoły, jedynym miejscu z zasięgiem,  Kris dodzwonił się do nich prosząc o przyjazd.
I znowu jazda do Potoru, i dalej do Bandajuma, gdzie pojawił się asfalt i nadzieja na dalszą drogę.
Ale najpierw trzeba zapłacić. Panowie życzą sobie 190 tyś Leonów  (jakieś 150 złotych). Bagatela. Za tą kwotę objechalibyśmy kraj dookoła. Dwa razy.
Nie ma zmiłuj się, nie ma odwoływania się do rozsądku, pokazywania na mapie odległości, wykazywania się znajomością cen paliwa (ok 4 tyś SL za litr).
Jesteś biały, płać! Basta! Nie zapłacimy tej kwoty za odcinek ok 30 km, wołajcie policję!
Ostatecznie płacimy trochę mniej, wsiadamy wkurzeni do shared taxi, która do Bo, to podobny odcinek trasy, zawozi nas za 7 tyś (5,50 PLN)
This is Africa.






* Kierowca jest bosem. Od brudnej roboty ma średnio 2-3 pomocników, którzy tylko w sobie znanej hierarchii usługują szefowi, rzadziej pasażerom. W tym konkretnym przypadku dwóch z nich szło w strugach deszczu dróżką wypełniającą się w szybkim tempie wodą, w poszukiwaniu zgubionych śrub, trzeci z nich leżał w kałuży pod samochodem, dokręcając nowe. Kierowca w tym czasie namawiał Krisa do złotonośnego interesu, odpalając papierosa za papierosem..

2 komentarze:

  1. OoOoOo Anna się w końcu pojawiła :) lubię, lubię lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  2. PIękne zdjęcia... pozazdrościć przygód :)

    OdpowiedzUsuń