Z wybrzeża jedziemy stronę Kabali z zamiarem wejścia na Mt Bintumani. Kabala to mieścina na północy kraju, przez którą i tak planowaliśmy jechać w naszych planach zawierających Ghanę, teraz jednak zatrzymujemy się tu dłuższą chwilę. Żeby wejść na górkę musimy wynająć jakiś transport do wioski opodal, skąd zaczyna się treking, ale ze względu na fatalne warunki drogowe nie jeździ tam żaden transport, nazwijmy to publiczny...:)
Podpytujemy o motorki, oczywiście wołają od nas ogromna kwotę, ale każda cena jest negocjowalna; najpierw relaks, droga od Makeni była bardzo męcząca. Wieczorem jemy w lokalnej restauracji ryż z soup, do naszego guest housu wprowadzają się nowi gości. Słyszymy język rosyjski, wcześniej juz spotkaliśmy paru Rosjan, więc nie jesteśmy zaskoczeni ( jeden, inżynier stacjonujący w Dakoli, żałował, że po Jaruzelskim przyjaźń między naszymi narodami tak bardzo zmieniła charakter). Rosyjskojęzyczny jest Dragan, Serb, który wraz z Markiem, przyjechał tu w interesach- privete busines- słyszymy zanim przechodzimy na ojczysty język.
Ta noc jest długa a na drugi dzień nie wychodzimy na żadną górę, nie jesteśmy w stanie nawet ruszyć się z miejsca, spotkanie rodaków na końcu świata...
Nie dostajemy też gorączki złota i diamentów od samych usłyszanych historii, ale z kilku z nich mógłby powstać kolejny rozdział książki "Gorączka" Tomka Michniewicza o obietnicy bogactwa, pragnieniu, żądzy znalezienia, wykopania kruszcu lub kamienia.
Tak, to miejsce leży na diamentach i każdy spotkany tu człowiek, każdej narodowości przyjechał tutaj po swój udział w fortunie.
Wielu traci wszystko w dwa tygodnie, wraca z podkulonym ogonem lub zamiast tego skupia się na złocie, którego wydobycie opłaca się każdemu, no, w zależności od zainwestowanych pieniędzy.
Jeden wkłada miliony, drugi inwestuje tylko w łopatę. Jeden przywozi sprzęt wydobywczy za krocie, zatrzymuje bieg rzeki, inny kopie na własnym podwórku. Szczęście jest ślepe i obdarowuje nie zależnie od zasobności portfela.
Kono, Bo, Kenema, Kabala, tam i we wszystkich wioskach wokoło mieszkańcy zajmują się tym samym, ten kto wykopie, w jeden dzień pakuje manatki i ucieka do Freetown, gdyby przypadkiem musiał się dzielić swoim skarbem. Tych szczęśliwców jest niewielu, ale wszyscy liczą na wygraną, która jest prawdopodobna jak 6 w lotto.
Krzysiek, kiedy sączymy piwo w restauracji w Koidu, dostaje biznesową propozycję od właściciela lokalu. Jako biały nie musiałby brudzić sobie rąk, otworzyłby biuro skupu diamentów, jakich dziesiątki w mieście, o resztę nie musiałby się martwić. Takich propozycji można by mnożyć, nikt nie wierzy, że jesteśmy tu przypadkiem.
Byliście w Kenemie i wróciliście? Słyszymy na ulicy.
Nigdy przedtem nie byliśmy w Kenemie...
Poznaję Was!
Za chwilę ziemię rozrywa ogromny wybuch, to w największej w mieście kopalni - South Africa Company (?) trwają prace wydobywcze, znad gigantycznego rumowiska unosi się chmura dymu.
W czasie wojny Koidu zostało zrównane z ziemią, rebelianci rozkopali cały dystrykt, co znaleźli, co sprzedali, co za to kupili? Spotykamy wielu ludzi z kikutami zamiast rąk, tragiczne pamiątki po11 latach rebelii...
Miasto zostało wskrzeszone do życia z pieniędzy Stanów Zjednoczonych, ale inwestuje tu cały świat.
W każdym moteliku na terenie kraju można przeczytać notatkę z paragrafem o zakazie nielegalnego handlu diamentami.
Wszędzie też wiszą billboardy potępiające korupcję.
Wszystko ma swoją cenę, wszystko można tu kupić za pieniądze i to na każdym szczeblu, od przekupienia żandarma na check poincie, po parlament- słyszymy.
W nieszczęśliwym wypadku na drodze ginie dziecko, czarny zarządca kopalni winny tragedii trafia do aresztu.
Tysiąc dolarów wystarcza na odszkodowanie dla rodziców, opłacenie sędziego i policjantów, człowiek wychodzi na wolność bez konsekwencji, bez niego prace na kopalni byłby utrudnione.
Słyszymy też o kwocie 5 tyś dolarów, która otwiera drogę do negocjacji w rządzie.
Jakiś czas temu weszła w życie ustawa rekultywacyjna o konieczności pozostawiania terenu, na którym prowadziło się wykopaliska w nienaruszonych stanie. Oznaczałoby to w praktyce nieopłacalność prac na szeroką skalę, bo przywrócenie krajobrazu do wyglądu sprzed eksploatacji, wiązałoby się z podwójnymi kosztami, a często byłoby po prostu nie możliwe.
Czyżby zaczęto myśleć, że hasło z plakatu - Zadbajmy o to, co nasze- można wprowadzić w życie?
Czy raczej otwarto sobie nową drogę do wielkich pieniędzy, bo niby jak gigantyczne firmy wydobywcze miałaby sprostać tej ustawie?
Mały aneks do umowy, zmiana dat, podpis ministra i wszystko wraca do normy.
Nikt też nie ryzykuje wywozu diamentów bez odpowiednich certyfikatów. Mimo kontroli na każdej kopalni, ocenę wartości znaleziska przeprowadzają osoby, które łatwo skłonić do zaniżenia faktycznej ceny, by cło nie kosztowało zbyt wiele. Potem szlif wykonuje się w USA, wystawia diament na aukcji i spędza resztę życia na prywatnej wyspie gdzieś na Pacyfiku...
O tym marzy każdy biały i ta wizja towarzyszy mu aż do chwili bankructwa. Albo wielkiej wygranej.
Lokalny za swój skarb dostanie budynek w stolicy o kilkukrotnie mniejszej wartości znaleziska.
Podobnych historii zapamiętujemy więcej, większość z nich można podzielić przez 3 i nie przywiązywalibyśmy się na waszym miejscu do usłyszanych liczb, ale na wszelki wypadek zmieniliśmy w nich kilka szczegółów.
Jak jest z tą korupcją? Więcej jej widzieliśmy w Gwinei, kiedyś w Mauretanii, ale każdy ma swoje doświadczenia.
Na pamiątkę naszego spotkania dostajemy piękne kamienie zwane waterproof, mylone często z diamentami, złoto głupców w tutejszej wersji.
Idąc ulicami kolejnych miast na diamentowej trasie, mijamy takie same stragany jak wszędzie indziej, wzbogacone tylko o takie produkty jak łopaty i sita. Po drodze spotykamy czarnych z kilofami, w rzekach wypłukuje się złoto, co drugi mijany sklepik to skup diamentów, gdzie śniady kupiec już swoje wykopał i liczy na więcej, biali w swoich land roverach jakby przygaszeni, wyglądają zza przyciemnionych szyb.
Z Mt Bintumani ostatecznie rezygnujemy na korzyść pobliskiej górki o nie zapisywalnej nazwie (pasmo Wara Wara), na którą prowadzą nas dwaj chłopcy z wioski. Jeden z nich, Joseph, może 10 latek, wyraźnie się z nas nabija, widząc, że ledwo dajemy radę, choć chcąc byc uczciwa powinnam to ledwo ograniczyć do siebie. Górka jest raczej niska, droga raczej łatwa, Joseph biegnie pierwszy, wymachuje jakimś badylem walcząc z niewidzialnym wrogiem. Ja walczę ze stanem bliskim omdlenia.
Zdobywamy szczyt, pejzaż jest piękny mimo słabej widoczności i wszyscy zgodnie stwierdzamy, że wyższy wierzchołek mógłby być problemem w tutejszych warunkach pogodowych.
Następnym celem na naszej drodze jest Tiwai Island, Wild Life Sanctuary.
Ta noc jest długa a na drugi dzień nie wychodzimy na żadną górę, nie jesteśmy w stanie nawet ruszyć się z miejsca, spotkanie rodaków na końcu świata...
Nie dostajemy też gorączki złota i diamentów od samych usłyszanych historii, ale z kilku z nich mógłby powstać kolejny rozdział książki "Gorączka" Tomka Michniewicza o obietnicy bogactwa, pragnieniu, żądzy znalezienia, wykopania kruszcu lub kamienia.
Tak, to miejsce leży na diamentach i każdy spotkany tu człowiek, każdej narodowości przyjechał tutaj po swój udział w fortunie.
Wielu traci wszystko w dwa tygodnie, wraca z podkulonym ogonem lub zamiast tego skupia się na złocie, którego wydobycie opłaca się każdemu, no, w zależności od zainwestowanych pieniędzy.
Jeden wkłada miliony, drugi inwestuje tylko w łopatę. Jeden przywozi sprzęt wydobywczy za krocie, zatrzymuje bieg rzeki, inny kopie na własnym podwórku. Szczęście jest ślepe i obdarowuje nie zależnie od zasobności portfela.
Kono, Bo, Kenema, Kabala, tam i we wszystkich wioskach wokoło mieszkańcy zajmują się tym samym, ten kto wykopie, w jeden dzień pakuje manatki i ucieka do Freetown, gdyby przypadkiem musiał się dzielić swoim skarbem. Tych szczęśliwców jest niewielu, ale wszyscy liczą na wygraną, która jest prawdopodobna jak 6 w lotto.
Krzysiek, kiedy sączymy piwo w restauracji w Koidu, dostaje biznesową propozycję od właściciela lokalu. Jako biały nie musiałby brudzić sobie rąk, otworzyłby biuro skupu diamentów, jakich dziesiątki w mieście, o resztę nie musiałby się martwić. Takich propozycji można by mnożyć, nikt nie wierzy, że jesteśmy tu przypadkiem.
Byliście w Kenemie i wróciliście? Słyszymy na ulicy.
Nigdy przedtem nie byliśmy w Kenemie...
Poznaję Was!
Za chwilę ziemię rozrywa ogromny wybuch, to w największej w mieście kopalni - South Africa Company (?) trwają prace wydobywcze, znad gigantycznego rumowiska unosi się chmura dymu.
W czasie wojny Koidu zostało zrównane z ziemią, rebelianci rozkopali cały dystrykt, co znaleźli, co sprzedali, co za to kupili? Spotykamy wielu ludzi z kikutami zamiast rąk, tragiczne pamiątki po11 latach rebelii...
Miasto zostało wskrzeszone do życia z pieniędzy Stanów Zjednoczonych, ale inwestuje tu cały świat.
W każdym moteliku na terenie kraju można przeczytać notatkę z paragrafem o zakazie nielegalnego handlu diamentami.
Wszędzie też wiszą billboardy potępiające korupcję.
Wszystko ma swoją cenę, wszystko można tu kupić za pieniądze i to na każdym szczeblu, od przekupienia żandarma na check poincie, po parlament- słyszymy.
W nieszczęśliwym wypadku na drodze ginie dziecko, czarny zarządca kopalni winny tragedii trafia do aresztu.
Tysiąc dolarów wystarcza na odszkodowanie dla rodziców, opłacenie sędziego i policjantów, człowiek wychodzi na wolność bez konsekwencji, bez niego prace na kopalni byłby utrudnione.
Słyszymy też o kwocie 5 tyś dolarów, która otwiera drogę do negocjacji w rządzie.
Jakiś czas temu weszła w życie ustawa rekultywacyjna o konieczności pozostawiania terenu, na którym prowadziło się wykopaliska w nienaruszonych stanie. Oznaczałoby to w praktyce nieopłacalność prac na szeroką skalę, bo przywrócenie krajobrazu do wyglądu sprzed eksploatacji, wiązałoby się z podwójnymi kosztami, a często byłoby po prostu nie możliwe.
Czyżby zaczęto myśleć, że hasło z plakatu - Zadbajmy o to, co nasze- można wprowadzić w życie?
Czy raczej otwarto sobie nową drogę do wielkich pieniędzy, bo niby jak gigantyczne firmy wydobywcze miałaby sprostać tej ustawie?
Mały aneks do umowy, zmiana dat, podpis ministra i wszystko wraca do normy.
Nikt też nie ryzykuje wywozu diamentów bez odpowiednich certyfikatów. Mimo kontroli na każdej kopalni, ocenę wartości znaleziska przeprowadzają osoby, które łatwo skłonić do zaniżenia faktycznej ceny, by cło nie kosztowało zbyt wiele. Potem szlif wykonuje się w USA, wystawia diament na aukcji i spędza resztę życia na prywatnej wyspie gdzieś na Pacyfiku...
O tym marzy każdy biały i ta wizja towarzyszy mu aż do chwili bankructwa. Albo wielkiej wygranej.
Lokalny za swój skarb dostanie budynek w stolicy o kilkukrotnie mniejszej wartości znaleziska.
Podobnych historii zapamiętujemy więcej, większość z nich można podzielić przez 3 i nie przywiązywalibyśmy się na waszym miejscu do usłyszanych liczb, ale na wszelki wypadek zmieniliśmy w nich kilka szczegółów.
Jak jest z tą korupcją? Więcej jej widzieliśmy w Gwinei, kiedyś w Mauretanii, ale każdy ma swoje doświadczenia.
Na pamiątkę naszego spotkania dostajemy piękne kamienie zwane waterproof, mylone często z diamentami, złoto głupców w tutejszej wersji.
Idąc ulicami kolejnych miast na diamentowej trasie, mijamy takie same stragany jak wszędzie indziej, wzbogacone tylko o takie produkty jak łopaty i sita. Po drodze spotykamy czarnych z kilofami, w rzekach wypłukuje się złoto, co drugi mijany sklepik to skup diamentów, gdzie śniady kupiec już swoje wykopał i liczy na więcej, biali w swoich land roverach jakby przygaszeni, wyglądają zza przyciemnionych szyb.
Z Mt Bintumani ostatecznie rezygnujemy na korzyść pobliskiej górki o nie zapisywalnej nazwie (pasmo Wara Wara), na którą prowadzą nas dwaj chłopcy z wioski. Jeden z nich, Joseph, może 10 latek, wyraźnie się z nas nabija, widząc, że ledwo dajemy radę, choć chcąc byc uczciwa powinnam to ledwo ograniczyć do siebie. Górka jest raczej niska, droga raczej łatwa, Joseph biegnie pierwszy, wymachuje jakimś badylem walcząc z niewidzialnym wrogiem. Ja walczę ze stanem bliskim omdlenia.
Zdobywamy szczyt, pejzaż jest piękny mimo słabej widoczności i wszyscy zgodnie stwierdzamy, że wyższy wierzchołek mógłby być problemem w tutejszych warunkach pogodowych.
Następnym celem na naszej drodze jest Tiwai Island, Wild Life Sanctuary.
O rety, jak Wy super piszecie... Zazdroszczę przygód a Kris - rozumiem, że podjął mądrą decyzję i wszedł w biznes z tambylcami ;)
OdpowiedzUsuńSaba