Im wyżej na północ tym temperatura w marcu była coraz bardziej odczuwalna a po ostatniej chorobie nasze organizmy różnie reagowały na stawiane przez nas wymagania.
Szybko, zmieniło się na powoli, chęć zobaczenia więcej- na „w cieniu jest równie przyjemnie” ... :)
Burkinę opuściliśmy bez przeszkód choć z żalem. Mali też przykro było pożegnać, choć tu nie poszło tak gładko i z przyczyn finansowo-organizacyjnych zostaliśmy parę dni dłużej, niż plan przewidywał. Informacja praktyczna – w Bamako z kart maestro i master card nie będzie Wam dane skorzystać.
Mauretania. Ponownie odwiedziliśmy znajomą Auberge Nouvelle, by następnie shared taxi udać się w stronę Nouadibou. Po drodze herbatka z współpasażerami i pieszy spacer do granicy. I znowu za szybko chcieliśmy...Wymieniamy pieniądze i stajemy przed okienkiem odpraw. Tam przepychający się tłum ludzi.
My wraz z wszystkimi wyciągamy ręce z paszportami. 2000- czne banknoty wciśnięte między dokumenty znacznie usprawniają prace urzędników, którzy nie śpiesznie odpisują dane personalne w tabelki, odbierając przy tym telefony i kolekcjonując banknoty w szufladzie. Czekamy 1,5 godziny. Słońce schodzi coraz niżej a zostanie na noc na tej granicy jest ostatnią rzeczą, którą chcielibyśmy powtórzyć.
W końcu już wiemy w czym problem- nie wypuszczą nas, bo nie podaliśmy numerów rejestracyjnych samochodu, którym podróżujemy. Pieszo? Dla waszego bezpieczeństwa nie jest to możliwe!
Już my w to zatroskanie średnio wierzymy...
Sytuacja jest już nerwowa, żaden z Europejczyków, którzy jadą w stronę Sahary, nie chce nam pomóc i zabrać na stopa. Chyba nas nie zastrzelą gdy wyjdziemy bez pieczątki w paszportach? Wkurzeni zabieramy dokumenty i ruszamy się w stronę żandarmerii – jest jeszcze druga bramka. Yh. W końcu wybiega za nami strażnik, zabiera dokumenty, zamaszyście notuje coś w swoich księgach i wbija stempel.
Musimy wyciągać nogi, by zdążyć przed zachodem słońca, wiatr zasypuje ślady opon, nie chcemy zgubić drogi( nie trzeba wspominać, że pas ziemi niczyjej między Saharą a Mauretanią zaminowany!)
Na horyzoncie flagi Maroka, jeszcze 2-3 kilometry! Kiedy dochodzimy, strażnicy wpuszczają nas mimo zamkniętych szlabanów..
W Hotelu du frontier zamawiamy tadżin, herbatkę...I co za spotkanie- Mohamed- znajomy kierowca- wita się z nami, jedzie do Agadiru.
Możemy się zabrać?
Pewnie, jeśli chcecie.
Chcemy, i to jak!
Czekanie wraz i na Mohameda nie opłaciło się jednak. A cała ta sytuacja spowodowała, że znaleźliśmy się całkowicie bez gotówki i możliwości ruszenia się z miejsca w którąkolwiek stronę.
Mohamed owszem jechał w stronę Agadiru, ale znowu oczekiwał na przepustkę z firmy, która miała przyjść faksem dnia następnego – przepustka jednak nie przyszła…
Ocenialiśmy ryzyko- być może stracimy ostatnie dirhamy na nocleg, nie będzie nas wtedy stać na taksówkę a inne pojazdy rzadko tutaj jeżdżą, najbliższy bankomat jest ok. 300 km stąd... jednak podjęcie takiej decyzji mogło się opłacać. 1200 kilometrów za free?
Druga noc spędziliśmy już nie w berberyjskim namiocie a w małym pomieszczeniu obok restauracji. Kolacją i herbatką poczęstował nas Tahib, manager hotelu, chwaląc islamską religię i nakaz gościnności, z czego byliśmy radzi, ale umiejąc liczyć, sądzimy, że jej jednak nie nadużył :)Za to dla nas było to dość krępujące...
Zaproponował nam również ... odzienie –nieźle musieliśmy wyglądać!
Rano od 9 czekaliśmy na kierowcę, który najpierw spał, potem jadł, potem nadal nic nie było wiadomo.
Było wiadomo za to, że jest problem z taksówkarzami- ktokolwiek zabierze im klientów, ten może zacząć się bać- taki to lokalny postrach, sądząc po relacjach Tahiba i Mohameda, którzy myśleli jak tu zaaranżować sytuację, by nie wyszło na jaw, że jedziemy razem ciężarówką.
Nie wiadomo więc ile prawdy jest w nie przychodzącej na czas akredytacji, a ile zwłoki wynikającej z nieprzemyślanej obietnicy.
Pożegnaliśmy się wiec wychodząc na drogę, którą od rana minęło może 5 samochodów. Myśląc o tym jak los jest przewrotny a ryzyko się nie opłaciło, karta jednak zechciała się odwrócić zsyłając na stację paliw dwóch Francuzów w Toyocie Landcruiser.
Gil- jeden z nich, na nasze pytanie, zareagował potokiem słów. W ciągu dwóch minut, kupił od innego kierowcy kanister ropy, której na stacji nagle brakło, wręczył nam 200 dirhamów na taksówkę, dowiedział się, że jednak to za mało byśmy skorzystali z tej niespotykanej darowizny –ta przyjemność kosztuje 500, popukał taksówkarzowi po głowie, zatankował auto, zabrał nasze bagaże i zanim coś zdążyliśmy powiedzieć, już zasuwaliśmy w stronę Dakhli. Po drodze okazało się, że Francuzi jadą dziś do Layoune...
No proszę, w osiem godzin pokonaliśmy 800 kilometrów, udało się tak gładko, mimo, że poranek wróżył śmiercią głodową na pustyni lub bytem na łasce i niełasce Muzułmanów ;) Stop był podwójnie opłacalny... zarobiliśmy 200 MRO, bo banknotu nie chcieli od nas przyjąć...
mamy więc dług wdzięczności, który na pewno kiedyś spłacimy.
Szybko, zmieniło się na powoli, chęć zobaczenia więcej- na „w cieniu jest równie przyjemnie” ... :)
Burkinę opuściliśmy bez przeszkód choć z żalem. Mali też przykro było pożegnać, choć tu nie poszło tak gładko i z przyczyn finansowo-organizacyjnych zostaliśmy parę dni dłużej, niż plan przewidywał. Informacja praktyczna – w Bamako z kart maestro i master card nie będzie Wam dane skorzystać.
Mauretania. Ponownie odwiedziliśmy znajomą Auberge Nouvelle, by następnie shared taxi udać się w stronę Nouadibou. Po drodze herbatka z współpasażerami i pieszy spacer do granicy. I znowu za szybko chcieliśmy...Wymieniamy pieniądze i stajemy przed okienkiem odpraw. Tam przepychający się tłum ludzi.
My wraz z wszystkimi wyciągamy ręce z paszportami. 2000- czne banknoty wciśnięte między dokumenty znacznie usprawniają prace urzędników, którzy nie śpiesznie odpisują dane personalne w tabelki, odbierając przy tym telefony i kolekcjonując banknoty w szufladzie. Czekamy 1,5 godziny. Słońce schodzi coraz niżej a zostanie na noc na tej granicy jest ostatnią rzeczą, którą chcielibyśmy powtórzyć.
W końcu już wiemy w czym problem- nie wypuszczą nas, bo nie podaliśmy numerów rejestracyjnych samochodu, którym podróżujemy. Pieszo? Dla waszego bezpieczeństwa nie jest to możliwe!
Już my w to zatroskanie średnio wierzymy...
Sytuacja jest już nerwowa, żaden z Europejczyków, którzy jadą w stronę Sahary, nie chce nam pomóc i zabrać na stopa. Chyba nas nie zastrzelą gdy wyjdziemy bez pieczątki w paszportach? Wkurzeni zabieramy dokumenty i ruszamy się w stronę żandarmerii – jest jeszcze druga bramka. Yh. W końcu wybiega za nami strażnik, zabiera dokumenty, zamaszyście notuje coś w swoich księgach i wbija stempel.
Musimy wyciągać nogi, by zdążyć przed zachodem słońca, wiatr zasypuje ślady opon, nie chcemy zgubić drogi( nie trzeba wspominać, że pas ziemi niczyjej między Saharą a Mauretanią zaminowany!)
Na horyzoncie flagi Maroka, jeszcze 2-3 kilometry! Kiedy dochodzimy, strażnicy wpuszczają nas mimo zamkniętych szlabanów..
W Hotelu du frontier zamawiamy tadżin, herbatkę...I co za spotkanie- Mohamed- znajomy kierowca- wita się z nami, jedzie do Agadiru.
Możemy się zabrać?
Pewnie, jeśli chcecie.
Chcemy, i to jak!
Czekanie wraz i na Mohameda nie opłaciło się jednak. A cała ta sytuacja spowodowała, że znaleźliśmy się całkowicie bez gotówki i możliwości ruszenia się z miejsca w którąkolwiek stronę.
Mohamed owszem jechał w stronę Agadiru, ale znowu oczekiwał na przepustkę z firmy, która miała przyjść faksem dnia następnego – przepustka jednak nie przyszła…
Ocenialiśmy ryzyko- być może stracimy ostatnie dirhamy na nocleg, nie będzie nas wtedy stać na taksówkę a inne pojazdy rzadko tutaj jeżdżą, najbliższy bankomat jest ok. 300 km stąd... jednak podjęcie takiej decyzji mogło się opłacać. 1200 kilometrów za free?
Druga noc spędziliśmy już nie w berberyjskim namiocie a w małym pomieszczeniu obok restauracji. Kolacją i herbatką poczęstował nas Tahib, manager hotelu, chwaląc islamską religię i nakaz gościnności, z czego byliśmy radzi, ale umiejąc liczyć, sądzimy, że jej jednak nie nadużył :)Za to dla nas było to dość krępujące...
Zaproponował nam również ... odzienie –nieźle musieliśmy wyglądać!
Rano od 9 czekaliśmy na kierowcę, który najpierw spał, potem jadł, potem nadal nic nie było wiadomo.
Było wiadomo za to, że jest problem z taksówkarzami- ktokolwiek zabierze im klientów, ten może zacząć się bać- taki to lokalny postrach, sądząc po relacjach Tahiba i Mohameda, którzy myśleli jak tu zaaranżować sytuację, by nie wyszło na jaw, że jedziemy razem ciężarówką.
Nie wiadomo więc ile prawdy jest w nie przychodzącej na czas akredytacji, a ile zwłoki wynikającej z nieprzemyślanej obietnicy.
Pożegnaliśmy się wiec wychodząc na drogę, którą od rana minęło może 5 samochodów. Myśląc o tym jak los jest przewrotny a ryzyko się nie opłaciło, karta jednak zechciała się odwrócić zsyłając na stację paliw dwóch Francuzów w Toyocie Landcruiser.
Gil- jeden z nich, na nasze pytanie, zareagował potokiem słów. W ciągu dwóch minut, kupił od innego kierowcy kanister ropy, której na stacji nagle brakło, wręczył nam 200 dirhamów na taksówkę, dowiedział się, że jednak to za mało byśmy skorzystali z tej niespotykanej darowizny –ta przyjemność kosztuje 500, popukał taksówkarzowi po głowie, zatankował auto, zabrał nasze bagaże i zanim coś zdążyliśmy powiedzieć, już zasuwaliśmy w stronę Dakhli. Po drodze okazało się, że Francuzi jadą dziś do Layoune...
No proszę, w osiem godzin pokonaliśmy 800 kilometrów, udało się tak gładko, mimo, że poranek wróżył śmiercią głodową na pustyni lub bytem na łasce i niełasce Muzułmanów ;) Stop był podwójnie opłacalny... zarobiliśmy 200 MRO, bo banknotu nie chcieli od nas przyjąć...
mamy więc dług wdzięczności, który na pewno kiedyś spłacimy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz