Holy Jesus, spraying shop. Ghana!

Nareszcie mozemy porzucic długodystansowce i zasiasc wygodnie w pierwszym w tym roku tro-tro, zlapanym za granica, ktore zawozi nas do Bolgatangi.
Postanowilismy nie spieszyc sie, tylko krotkimi odcinkami drogi zmierzac na poludnie, zobaczyc ponownie Volte, moze poplynac do Akosombo i od Akry jechac wybrzezem do Cape?
Spokojnie, bez planu, bez kalendarza. Mamy czas i czujemy sie jak w domu, znowu mozemy czytac wyznania wiary na kazdej taksowce, modlic sie z pastorami w trotro, jesc w chop barze, ktory Allah ma pod swoja opieka. Shalom, Shalom, Enterprise.
Do Bolgatangi docieramy kiedy zapada zmrok, totez szybko chwytamy za pomocny w takich chwilach Lonely Planet. Schronisko prowadzone przez katolickiego ksiedza jest niestety pelne, wiec ladujemy w hoteliku.

Z Bolgatangi nasza droga wiedzie przez Tamale, nie ma innej opcji dotarcia na południe jak przez te stolice Polnocy. W Tamale glodni, docieramy na dworzec, który jest zarazem jednym wielkim marketem.


W niemiłosiernych warunkach, jak frytki w oleju – tak my we wlasnym pocie poszukujemy chwili wytchnienia, spokoju – po to by zebrac mysli, zdecydowac co dalej, jaka droga jechac . . . po zaspokojeniu potrzeby wypoczynku i posiłku, decydujemy się na kierunek Salaga. Jest to miejscowość polozona w niedalekiej odległości od jeziora Volta, a jezioro jest dla nas atrakcyjnym kąskiem po dlugiej drodze spedzonej w pustynnych, suchych krainach.

Do Salagi zmierzamy autobusikiem uni transportowej – wszechobecnej w Ghanie – GPRTU. Po pewnym czasie zaczyna wiac. Wieje coraz mocniej, dookoła unosi się pyl. Kto może chroni twarz za kawałkiem szmatki, chusty, recznika filtrując wdychane powietrze. Inni chronia oczy, bo pyl mocno w nie gryzie. Drzewa naginaja się, w powietrzu znalazlo się już wiele zalegajacych okolice smieci. Przelatuja teraz nad droga i opadaja na ziemie wraz z pojawiającymi się czasem kroplami deszczu. Po chwili autobus zatrzymuje się w Saladze. Krople opadaja coraz wieksze, rania rozgrzane południowym słońcem cialo, mimo, ze już wieczor. Ciemno zrobilo się tak nagle, jak nagle zerwala się burza. Słychać grzmoty. Zaczyna się nagla i dzdzysta ulewa.

My wykorzystujemy chwile gdy deszcz nieco zelżał, by odnaleźć guesthouse wskazany nam przez zapytanych, gościnnych „salagijczykow”. Przy okazji burzy ceny nie da sie negocjowac, wszystkie pokoje klimatyzowane,
z lazienka i telewizorem- placimy nie mogac skorzystac z tych niecodziennych atrakcji. W calym miescie braklo pradu.

W drodze do noclegowni natrafiamy na znak z odznaczjacym się napisem: „Welcome to slave market” – „Witamy w markecie niewolników” – zastanawiamy się czy to zbieg okoliczności, miejsce jakie odwiedzamy, mimo, ze nie planowane jest związane w jakis sposób z tematem naszej wyprawy.
Dopiero potem dowiadujemy się, ze Salaga była kiedys jednym z przystankow na szlaku, którym sprowadzano schwytanych ludzi, ku wybrzeżu lub ku pustyni.
Z samego rana ruszamy w dalsza droge. Przed nami Volta z niewielkim portem Mekongo. Tam udajemy się bardzo wyjatkowym autobusem, w formie przerobionej ciężarówki. Jak inni pasażerowie zasiadamy na pace, pod nisko zawieszona plandeka, gdzie dawno temu zamontowano solidne, drewniane lawki. Teraz w scisku przemy do przodu, jednak warunki sa calkiem znosne. Oboje marzyliśmy o kurzacej się za nami, czerwonej, afrykańskiej drodze – teraz droga kurzy się i to jak! Kurzy się także przez nieszczelności pomiedzy deskami podlogi – tak, ze gdy wysiadamy – wiemy, ze była to najbardziej zapylona podroz naszego zycia. :)

W Mekongo nie zabawiliśmy dlugo, bo zaledwie kilka minut, gdy zdecydowaliśmy się wsiąść na zakotwiczony w porcie prom, zmierzający do Yeji. Nasz plan był w zasadzie inny. Chcieliśmy tutaj złapać prom – plynacy do Akosombo, czyli na samo południe jeziora, niestety stacja tego promu jak się okazalo znajduje się po drugiej stronie odnogi zalewu, w waznym miasteczku portowym Yeji. Coz postanowiliśmy, ze pojedziemy, to znaczy popłyniemy je zobaczyc.

Czterdziesto-minutowa przeprawa pozwala na chwile wypoczynku. Zycie na promie toczy sie tak jak na brzegu. Handel trwa nieprzerwanie, dzieki czemu mozemy zjesc sniadanie- kasze z z rybnym, jak zwykle mocno oleistym sosem, oraz z jajkiem zamiast miesa. Kobiety w swoim gronie wraz z pociechami chronia sie w cieniu rampy, silniki ciezarowek, wypchanych po brzegi jamem, pozwalaja wiesc prym glosnemu stukotowi wielkiej zelaznej maszyny.
 

CIEN

Cien tutaj w Afryce, szczególnie tej spalonej słońcem, w porze suchej, a być może tez tej wilgotnej, parnej w porze deszczowej - jest czyms tak waznym jak chleb. Tego faktu nie jest się w stanie zrozumiec, dopóki nie przyjedzie się tutaj, nie zobaczy, nie pozwoli dosiegnac się promieniom słońca, które tu znajduja jakby dodatkowa droge by wlasnie dotykac, docierac tam gdzie powietrze, prazyc, smazyc i suszyc!
 
Po drugiej stronie jeziora w Yeji poznajemy Ibrahima. Pokazuje nam miasteczko, zjadamy razem lunch, w sumie spedza z nami kilka godzin- mniej wiecej tyle czekamy, by taksowka zapelnila sie 8 - ma pasazerami.
Z Yeji jedziemy do Atebubu, miejscowości, która odwiedziliśmy w zeszłym roku. Niestety z planow popłynięcia statkiem do Akosombo wyszly nici.
Prom wyplywa jak mowia miejscowi, we wtorek o 16 (przewodnik podaje info o srodzie) a my mamy weekend. Nie, takie dlugie czekanie, to nie dla nas.
Atebubu omijamy wrecz, jedynie przesiadając się do drugiego auta i suniemy do Ejury, gdzie nocujemy.

W miescinie trwa jednak pogrzeb i mamy problem ze znalezieniem wolnego miejsca. Huczy muzyka z wielkich glosnikow, szukamy wiec czegos na uboczu- base spot prowadzony przez rodzinke Ekose-naszej nowej siostry- przyjmuje nas z otwartymi ramionami.

Nazajutrz ponownie pedzimy, popychani wiatrem przyjaznych wspomnien z Moree.
Trafiamy do Kumasi. Pamietajac to ogromne miasto chcemy je ominac, niestety wszystki drogi przecinaja ten moloch i znowu gubimy sie na olbrzymiej stacji, z ktorej odjezdzaja tro tro w kazda strone swiata...
                                                  ...rowniez w strone Cape Coast.
Maly busik tnie szybko droge, podczas ktorej jestesmy zmuszeni ogladac najnowsze (?) hity ghanijskiego przemyslu filmowego. Mijaja kilometry, seriale zmieniaja sie na kryminaly i cos z gatunku thriller...
Publicznosc cala rozbawiona, my jakby mniej- ale uwagi na niczym innym nie da sie skupic, telewizor ryczy na caly regulator.

Dostrzegamy znaki z brzmiacymi znajomo nazwami, informujace, ze zblizamy sie do miejsca na ktore dlugo czekalismy. Jest jeszcze szaro na dworze, gdy wysiadamy z busa na ruchliwym i zywym skrzyzowaniu, pelnym malych straganow, taksowek i ludzi. Odwracamy glowy i wzrok od razu przykuwa biala tablica z napisem MOREE. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz